• Zadzwoń do nas:
  • 606 472 470




W moich młodych latach, najpopularniejszym z trunkowych napoi było wino, tak zwane „patykiem pisane”. Najtańsze i najgorsze, jakie można było sprzedaw

                                                



CZY STRACONE LATA ?

CZYLI GROCH Z KAPUSTĄ 

( WYDANIE II  -  POPRAWIONE )

 

 

 

Recenzja z miesięcznika Myśliwiec.

 

 

 

Leszek Mierzejewski, człowiek o wielu pasjach. Malarz pejzażysta, żeglarz ale przede wszystkim myśliwy. Tematyką jego obrazów są krajobrazy o tematyce myśliwskiej, leśnej i nie tylko. Bardzo często rysuje humory opisujące zdarzenia z życia. Od wielu lat współpracuje z Tygodnikiem Szczytno, prowadząc tam swoją stała rubrykę „Tropem zwierząt i myśliwych”, gdzie przedstawiane są dowcipy zilustrowane humorami rysunkowymi.  W 2015 roku, publikowane w „Tygodniku Szczytno” artykuły, a dokładnie Leszek Mierzejewski otrzymał nagrodę  w ogólnopolskim konkursie na najlepsze opowiadania myśliwskie.

     Niniejsza książka przedstawia różne wydarzenia z życia autora od lat młodzieńczych do chwili obecnej. Autor w sposób humorystyczny opisuje historie z czasów studenckich, pracy zawodowej oraz spotkań myśliwskich. Przeżyte przygody stanowią interesujące spojrzenie na minione czasy, przedstawiają refleksje nad mijającym czasem, co wyraża tytuł niniejszej pozycji „Czy stracone lata, czyli groch z kapustą”  Książkę tą czyta się jednym tchem,  a autor na początku podkreślił, że: „ GŁÓWNYM CELEM TEGO CO NAPISAŁEM JEST ZAINTERESOWANIE MŁODZIEŻY I STARSZYCH ORAZ TYCH NAJSTARSZYCH KSIĄŻKAMI A NIE WPATRYWANIE SIĘ CAŁYMIO DNIAMI W EKRAN KOMPUTERA LUB TELEWIZORA. KAZDĄ KSIĄŻKĘ MOŻNA POKOCHAĆ LUB W NAJGORSDZYM PRZYPADKU POLUBIĆ”

                     

 

SPIS  TREŚCI:

  • Rozdział pierwszy :    SŁOWO WSTĘPNE ALBO JUŻ TESTAMENT
  • Rozdział drugi:          CZY WARTO TRACIĆ MÓJ, CORAZ CENNIEJSZY CZAS?                
  • Rozdział  trzeci:         GROCH Z KAPUSTĄ
  • Rozdział  czwarty:     PRZYJACIELE ZRODZENI NA KAMIENIU
  • Rozdział  piąty:         MŁODZIEŃCZE POTY I PSOTY
  • Rozdział  szósty:       URODZONY W MAJU, NAJŁADNIEJSZYM MIESIĄCU.
  • Rozdział  siódmy:     ZAOCZNA ŚCIEŻKA EDUKACJI.
  • Rozdział  ósmy:        PIĘĆ LAT FAJNEGO KACETU, CZYLI PIĘĆ LAT WE WRZESZCZU.
  • Rozdział dziewiąty:  SŁUŻBA, PRACA, ROBOTA CZY TEŻ ZATRUDNIENIE W  ZOZ.
  • Rozdział dziesiąty:   MYŚLISTWO CZY ŁOWIECTWO.
  • Rozdział jedenasty:  NA GROCHU ALE  CZY Z  KAPUSTĄ ?

 

                                                                                 Rozdział 1

 

                                      SŁOWO WSTĘPNE ALBO JUŻ TESTAMENT

          Treść niniejszej książki, to udoskonalona lub jak kto woli, polepszona wersja moich pierwszych wypocin, które zostały wydane drukiem pod koniec 2014 roku, w kilkudziesięciu egzemplarzach. Ot, tak dla zabawy, dla sprawdzenia samego siebie – czy coś jeszcze ze mnie będzie? Czy jest sens dalszego mojego kaligrafowania? Okazało się, że tak! Ci co czytali byli zauroczeni!  Niech potwierdzeniem powyższego będzie recenzja z miesięcznika Warmińsko-Mazurskiego „MYŚLIWIEC”:  

Przyznaję się i to bez bicia, że wkradło się kilka niedoskonałości, które przy poniższym remoncie,  wykluczyłem. Jednocześnie gdy ktoś miał jakieś uwagi,  pretensje , zastrzeżenia,  uzasadnione, czy też nie  - po prostu ten akapit dla własnego spokoju wyeliminowałem. Pierwsza jak i druga korekta niniejszego, nowego druku, wyklucza jakiekolwiek błędy, nawet ortograficzne, których kilka wkradło się w pierwszym wydaniu, przez przypadek i przeoczenie. Został wprowadzony prawidłowy podział na akapity. Zaznaczone zostały dialogi i dowcipy, co dodatkowo ułatwia odbiór tekstu. No i najważniejsze cena, nie jest już wygórowana, bo jej niema, każdy kto ma Internet, może czytać po kilka razy. Może nie czytać, jego sprawa, nie zerkać nawet do wnętrza! Więc, niniejsze wydanie książki jest drugim nakładem, w znacznym stopniu ulepszonym i w części skróconym. Trudno, trzeba iść z nowymi czasami, aktualną modą na rynku księgarskim, z potrzebami odbiorcy! A przyjdą jeszcze takie czasy, że treść książki będzie sama się wchłaniała do rozumu, wystarczy tylko, że czytelnik otworzy pierwszą stronę książki. Będą wydania zapachowe, podniecające, rozweselające, a nawet i zaspakajające głód! Oby tylko czytelnik raczył kupić którąś z nich i był  skłonny zasiąść w fotelu.   Za pierwsze wydanie mojej książki, jestem wdzięczny i zobowiązany dla  Wydawnictwa „Ekochem” Waldemara Żuwalskiego z Warszawy.

       Zawartość niniejszej książki oparłem na faktach z życia wziętych. Z tym, że niektóre wątki życia złagodziłem, do niektórych dodałem pikanterii celem ułożenia interesującej fabuły akcji. Wszystkie zamieszczone zdjęcia pochodzą z mojego prywatnego zbioru, większość wykonywałem sam, część otrzymałem od znajomych i przyjaciół. Natomiast rysunki i obrazy wykonałem własnoręcznie. Jeżeli jeszcze ktoś z moich kolegów, koleżanek, znajomych, poczuje się w dalszej części dotknięty, w niniejszej książce, to go serdecznie przepraszam. Tam gdzie jest coś nie „fer”, to przecież nie podawałem żadnych danych osobowych, miejsca zdarzenia - więc niech to będą każde inne nożyczki leżące na uderzonym stole, a nie moi przyjaciele, moi znajomi! Wiem, a wręcz jestem przekonany, że znów zdobędę kilku wrogów, oprócz przyjaciół. Mam przykre doświadczenie, że w przeszłości za prawdę, za szczerość musiałem się przez dwa lata błąkać w łowiectwie, bo fałsz i obłuda łatwo się przebiją przez lód, tak jak za dawnych czasów –  a prawda nie może wypłynąć na światło dzienne. Ale o tym innym razem, gdyż obecnie przekonałem się do innych kolegów, zgodnie ze złotą myślą Ralpha Waldo Emersona, że przyjaźń jest duchową inspiracją, która pojawia się wtedy, gdy odkrywasz, że ktoś wierzy w ciebie i chce ci zaufać jak prawdziwi koledzy. Udowodniono naukowo, że nawet krzesło, na którym co dnia przez wiele lat siadają różne dupy, potrafi wreszcie odróżnić pośladki kobiece od męskich, dupy ludzi fałszywych od porządnych. Dlatego nie ma co się dziwić, że po kilku minutach te fałszywe i obłudne, kręcą się i zmieniają pozę, bo blat krzesła zaczyna ich parzyć i wrzynać pomimo, że jest miękki i wyściełany. Tak więc wolałbym, żeby moich wypocin nie czytali wrogowie, lecz moi przyjaciele, znajomi i ludzie, którzy potrafią żartować i znają się na humorze. W innym przypadku więcej tamci stracą, a ja nic nie zyskam. Dlatego przed przystąpieniem do dalszej lektury, oprócz cierpliwości – należy uzbroić się w czas, dobre oświetlenie, wygodny fotel, coś na ząb, i bezwzględnie w wewnętrzny humor. Bez tych pierwszych czterech można się obejść, ale bez wewnętrznego humoru – wyrażającego się dostrzeganiem we mnie pozytywnych cech, sytuacji i zdarzeń w jakich się tam dalej znalazłem, nie ma sensu wertowania kartek. 

    Inaczej się nie da, bo humor to postać komizmu, to sens naszego życia, w którym trzeba być wyrozumiałym i pobłażliwym. Dla wszystkich dam ostatnią radę:
NIEKTÓRE   SCENY  TRAKTUJCIE Z PRZYMRUŻENIEM NIE JEDNEGO ALE DWÓCH OCZU. Mój serdeczny przyjaciel z Olsztyna, inżynier, historyk i poeta: Wacław Kwiatkowski na jednym ze zbiorów swych wierszy, (który mi zadedykował: „PRZYJACIELOWI MOJEMU LESZKOWI MIERZEJEWSKIEMU Z NAJLEPSZYMI ŻYCZENIAMI  - AUTOR. Szczytno 30.09.2004) w ostatniej części wstępu zaznaczył: „ Głównym celem tego co napisałem, jest zainteresowanie młodzieży polskiej dziejami, ale niezbędny jest w tym udział osób starszych, którzy z młodszymi zechcą dyskutować. Historię można polubić!” Ja wzorując się na Wacławie – zakończę niniejszy rozdział - swoją puentą: „Głównym celem tego co napisałem, jest zainteresowanie młodzieży i starszych oraz i tych najstarszych – książkami, a nie wpatrywanie się całymi dniami w ekran komputera lub telewizora. Każdą książkę można pokochać lub w najgorszym przypadku polubić!”

 

 

 

 

 

 

Rozdział  2

                                   CZY WARTO TRACIĆ MÓJ, CORAZ CENNIEJSZY CZAS?

         O cholera! Coraz częściej stwierdzam, że łatwiej jest mi odtworzyć obrazy z odległych lat, przypomnieć sobie jakieś zamierzchłe, nic nie znaczące fakty, czy też zapomnianych kolegów - niż  wspomnieć co wczoraj jadłem na obiad, albo też wrócić do zdarzeń z ostatniego zbiorowego polowania. I to jest prawda i to jest fakt. Wczoraj zszedłem do piwnicy, do swojego podręcznego warsztatu, po taśmę samoklejąco. W między czasie podrzuciłem kilka drewek do pieca od centralnego ogrzewania.  Niech to szlag trafi! Zapomniałem, po co ja tam zszedłem. Ale nie jest jeszcze tak bardzo źle, intelektualista powiedziałby mi następujące słowa: -Scenariusz sprzed wielu lat, omotany pajęczyną czasu, opornie ale powoli wraca ci z ciemnej głębiny przeszłości. Dalsze czekanie nie ma sensu, bo pogrąży ci się wszystko w studni niepamięci. Przyznać się muszę samemu i to przed sobą, najlepiej na golasa, przed lustrem, w oświetlonej łazience, że nim ja się „spodział”,  jak czas ten zleciał  i z ojca na dziada żem się „przeodział”. Brzuch już mam obwisły, skóra pomarszczona, jakiś ja taki przygarbiony, ale najgorsze, że jajczyny dłuższe od fuzyi… O do pioruna! To chyba nie ja!  Ale łazienkowe lustro nie cygani! Gdzie się podział Leszek, który jeszcze nie tak dawno miał wszystko rasowe? Włosy gęste, lekko kręcone - duże szare oczy. Piersi jak bochny wiejskiego, razowego chleba. Tłuste, po matce szlacheckie półdupki inaczej zwane pośladkami, rozstawne stopy. U nasady rasowych nóg rozgałęziających się w konary – masywne uda, które były ładne lekko owłosione i łączyły się z chudym brzuchem. Talia uwidaczniała u mnie całość dzieła, jak w odwróconym kontrabasie. W dolnej części wetknięty był smyczek, dość długi, gruby i sztywny. Oj, chyba teraz pourywały się włosia, lepiej się już nie oglądać! Nawet naprężanie piersi i wciąganie brzucha nic mi nie pomaga. Koniec, kropka, teraz przyszła pora, wnukom swe dzieje opowiadać. Najgorsze, że najstarsza wnuczka, studentka nigdy nie ma czasu, wg niej nudnych mych zwierzeń słuchać. Średni, dziewięcioletni wnuczek, woli samemu komputerowe gry i zabawy,  łowić swoim uchem. Tylko najmłodsza, 4 latka jeszcze mnie posłucha. Problem, mieszka w Gdańsku, więc przez telefon możemy tylko chwilę pogadać. Jedyny, który bez zniecierpliwienia nadstawia ucha, bez gderania i o każdej porze jest gotów – to mój ekran komputera. Czy ja zwariowałem?  Czy mi coś odbiło, czy ja mam na stare lata do komputera gderać?   A może i wspomnienia w komputer spisać, bo w kajet, to już nie wypada i nie ta technika. Czas ponagla, za parę lat wyrwać coś z pamięci, to będzie gratka, problemem nie lada. Gdy się dziś wieczorem pochyliłem nad klawiaturą, coś mi w głowie zadudniło: -Czy warto nowy rozdział w swym życiu zaczynać? Przecież ja za parę lat dobiję do siedemdziesiątki. Ja powinienem już przymierzać się do drewnianego ale broń Boże, madejowego  łoża.  Dopóki mi zdrowie dopisuje, czas spędzać powinienem w bamboszach, w bujanym fotelu i przed telewizorem - a nie brać się za pisanie wspomnień. Czy nie wystarczy mi zabawa w „dziennikarstwo”, w humory rysunkowe i dowcipy myśliwskie. Czy za mało mam łowiectwa, malarstwa i miejskiej polityki. O Boże! Kiedy ja znajduję na to czas? Zaraz, stop - przerwę swe wywody – a co będzie jak mój organizm nie podoła i któregoś pięknego dnia, wywiozą mnie nogami do przodu, ewentualnie z zawałem lub innym niedomaganiem. Czegoż ja chcę? Zastanawiać się nad swoim czasem, to ja będę po śmierci lub gdy mnie choroba przykuje do szpitalnego łoża. Pieprznąłem dłonią w pulpit, zadrżał cały komputer, zła myśl z pod czaszki uciekła przerażona, jak złoty ptak zatrzepotała i lecąc rechotała przez cały okres mojego podenerwowania. Wiem, że daremna jest walka z brakiem czasu, który porównuję do czasu przemijania. Dla młodych określenie: bardzo dawno temu, to faktycznie wieki, lecz dla ludzi mojego pokroju, to jeszcze nie tak dawno. Nie zgadzam się z mędrcami, że czas istnieje tylko jeden, że jest on uniwersalny i płynie w jednostajnym tempie, a sekunda jest zawsze sekundą, minuta - minutą. Pamiętam, gdy byłem młodym wyrostkiem, to czas płynął mi bardzo powoli, tydzień wlókł mi się niemiłosiernie długo. Teraz w moim wieku, tydzień to tak jak pstryknięcie palcami, rok przemija nie wiadomo kiedy! Więc jak to faktycznie jest:    -Czy czas płynie w jednostajnym tempie?  Jedynie zgadzam się z teorią, że czas jest bezcenny, nierozłączny ze zmianą, stanowi pewien wymiar świata materialnego i wiąże się z przemijalnością. Gdyby można było go cofnąć, ponaprawiałbym swoje błędy, albo jeszcze lepiej pchnąłbym swoje życie na inne tory i dziś byłbym o wiele szczęśliwszym człowiekiem. Przede wszystkim nie popełniał bym niektórych karygodnych błędów. Ale o tym przy innej okazji. Niezaprzeczalnym jest, że czas przyszły goi rany, te pooperacyjne, pooparzeniowe, po innych urazach jak i te zmysłowe a głównie z zawiedzionej miłości. Kiedyś, będąc po którejś z rzędu, operacji, skręcając się z bólu, zapytałem zaprzyjaźnionego lekarza: -Kiedy będę zdrowy, kiedy będę mógł się wyspać i najeść do syta? Odpowiedział mi z uśmiechem: -Przyjdzie na to czas! Miał słuszną rację, czas zabliźnił rany, lata czasu zaciągnęły bielmo niepamięci na smutne wspomnienia z tamtych dni. Dopiero teraz myślę, że dobrze jest gdy czas z pamięcią współpracują identycznie, jak myśliwi z naganką na polowaniach zbiorowych. Naukowo udowodnione jest, że pamięć posiadają ludzie, niektóre zwierzęta oraz komputery. Jedynie człowiek ma zdolność do zapamiętywania wrażeń zmysłowych, symboli oraz do przechowywania obrazu własnej świadomości. Zwierzęta maja zdolność do kodowania w mózgu prostych skojarzeń, lecz ich pamięć pozwala na wyciąganie logicznych wniosków z nabytych doświadczeń jedynie w pewnym, ograniczonym zakresie. Pamięć komputerowa ma zupełnie inny charakter niż ta występująca u ludzi i zwierząt. Współczesne komputery zapamiętują wyłącznie binarne stany odpowiadające zerom i jedynkom. Złożone systemy informatyczne są w stanie przełożyć zera i jedynki na czytelną dla ludzi formę to jest tekst, obraz i dźwięk, z tym, że wykorzystanie pamięci w wnioskowaniu i kojarzeniu jest dużo mniejsze niż u najprostszych zwierząt. Zaletą pamięci komputera jest jego trwałość i szybkość w przetwarzaniu wybranych typów informacji. Zaletą pamięci ludzkiej jest, że z biegiem lat zapominamy o rzeczach i przeżyciach dla nas przykrych, które niejednokrotnie pragnęlibyśmy natychmiast wymazać z pamięci, tuż po niefortunnych, nieszczęśliwych zdarzeniach! Pamięć pamięcią, ale mi chodzi teraz tylko i wyłącznie o czas, który w moim wieku można oszukać poprzez krótsze spanie, szybszą jazdę samochodem, przyśpieszony marsz kroku, wcześniejsze wychodzenie z narad i spotkań, spóźnianie się na obrady i konferencję, nie uczestniczenie w mniej ważnych proszonych pokazach, naradach. Tak rozmyślając podjąłem decyzję, że będę pisał tę książkę cyklicznie, tak jak mi mój czas pozwoli. Rozpocząłem w dniu 10 listopada 2013 roku o godz. 19.00, po powrocie z koncertu operetkowego pt.  „BO TO POLSKA WŁAŚNIE”, który trwał od godziny 17.00 do 18.00.  Z tym, że wcześniej cały dzień uczestniczyłem na polowaniu dewizowym w Kole „Ryś” w Dźwierzutach.   O tym polowaniu bezwzględnie muszę wspomnieć,  gdyż jest to kontrowersyjny temat, a większość myśliwych w całej Polsce potwierdza, iż to zło konieczne. Ale tu muszę wtrącić jedną ciekawostkę z polowań zbiorowych, to znaczy, co najlepiej z nich uwielbiam, lubię pospać, gdy przyjadę z takiego polowania, i to w swoim fotelu – zresztą popatrzcie na niniejszy rysunek, gdzie  zastanawiam się, kiedy najlepiej się wyspać, przed, w trakcie, czy po? 

 

 

 

 

Powracając do polowań dewizowych, najważniejszy w tym wszystkim jest fakt, że skończyły się czasy  „komuny”, gdy czuliśmy się przy dewizowcach ubogimi krewnymi, wyposażeni w gorszy sprzęt łowiecki, skromne myśliwskie ciuchy, nie wspominając o naszej  broni, wyprodukowanej w krajach bloku socjalistycznego, przeważnie w Związku Radzieckim lub w Czechosłowacji. W ten czas, gdy przyjeżdżali tacy Szwajcarzy, Niemcy,  Francuzi czy Duńczycy z lepszego materialnie świata, my Polacy nie zawsze potrafiliśmy się przy nich znaleźć, a tłumacz stawał zgodnie z wymogami po ich stronie. Sprzedawaliśmy narodowe dobra za parę groszy, dla utrzymania na „zerowym” poziomie finansowym, nasze koła łowieckie. Czasy się zmieniły, sprzedajemy odstrzały, bo dochody z nich są ważne dla realizacji naszych zaplanowanych celów i planów gospodarczych. W obecnej dobie, gdy my nie znamy języka gości, to żadna ujma, bo oni nie znają naszego, więc nie jesteśmy na pozycji straconej. My natomiast i to najczęściej,posiadamy  umiejętności łowieckie wyższe od naszych  gości i to oni od nas mogą i muszą się uczyć. W tym: tradycji i obyczaju łowieckiego, którego jak się przekonałem zupełnie oni nie znają. W dniach od 9 do 11 listopada 2013 roku w kole łowieckim „Ryś” w Dźwierzutach odbyło się polowanie dewizowe, gdzie uświadczyłem, że to faktycznie inne czasy.  Koledzy z Dźwierzut  polowali z Francuskimi i Szwajcarskimi myśliwymi jak z kolegami z sąsiednich kół, pokazując im swoje łowiska, swoje umiejętności, swoją wartość i swój dorobek. Oni przyjechali do nas, bo u siebie tych wartości już nie znajdą. Nasza urozmaicona konfiguracja terenu, z licznymi moczarami i bagnami, mieszane drzewostany sosnowo-bukowo-dębowe z podszyciem najrozmaitszych krzewów leśnych i bogate runo,  stanowi idealny matecznik i ostoję dla wszelakiego rodzaju zwierzyny łownej. Dla naszych dewizowców to prawdziwe eldorado i osłupienie, nie do opisania. Codzienny, ranny przyjazd na łowisko, to świeża przygoda. Zawitało do koła „Ryś” jedenastu Francuzów  i trójka Szwajcarów (w tym jedna Dina). Teraz w wielkim skrócie opowiem Wam, na czym polega takie polowanie dewizowe. Opiszę jeden środkowy dzień, bo sam w nim uczestniczyłem i chcę żebyście go  przeżyli jak na jawie, wraz ze mną. Po śnie  przerywanym i wymęczonym, obudziła mnie żona, która też zaspała o dobre pół godziny. Żwawo wyskoczyłem z łóżka, choć zaledwie dniało. Zapamiętajcie, że sen przed polowaniem dojrzałego mężczyzny, jest zawsze niecierpliwy, czujny i za krótki, jak przerwana zasadzka. Śpi się z przerwami, z obowiązku, aby rękę i oko mieć pewne. Dopiero o świcie, kiedy czas wstawać, zapada się w prawdziwy, twardy letarg, ten dający odpływ zmęczenia i złych mar. Ubrałem się szybko. A myć się przed polowaniem nie trzeba dokładnie, broń Boże, bo przynosi to pecha. Ciuchy przygotowałem z wieczora, szybkie śniadanie, resztę jedzenia do  torby i hajda w stronę  Dźwierzut do wsi  Stankowo. Ochoczo usposobiony dojechałem na boisko sportowe, do punktu zbiorczego wszystkich myśliwych i pomocników biorących w tym dniu udział w polowaniu.  Niby jarmark przed wsią Stankowo. Kilkadziesiąt chłopa w najrozmaitszych strojach myśliwskich, wszystko przedniej marki. Czternastu dewizowców o przeróżnych twarzach i ubiorach,  od  starych  nemrodów,  wybornie  wyekwipowanych na łowy,  aż do młodych adeptów łowiectwa, w modnych strojach myśliwskich. Wszyscy wyposażeni w karabiny ze światowych najlepszych wytwórni. Wśród nich prym wiódł prowadzący polowanie, łowczy miejscowego koła, z tłumaczem - prezesem koła.  Prezes świetnie tłumaczył z naszego na angielski, jeden z Francuzów z angielskiego na francuski i wszystko było OK. Jeśli ktoś coś nie rozumiał, to patrzył na język migowy, dwóch rąk łowczego i wówczas nawet psy wiedziały o co mu chodzi!!! Prowadzący polowanie, jak zwykle bezbłędnie rozstawiał zagranicznych gości i naszych pomocników, wypuszczał nagankę, a ja i mój kolega towarzyszyliśmy wiernie łowczemu. Ja, żeby pomagać, poznać łowisko i spłodzić te opowiadanie a druh, żeby zliczać sumiennie wszystkie oddane strzały.  Gdy padał pierwszy, obojętnie z lewej czy z prawej, natychmiast odzywał się gdzieś niedaleko drugi, a potem trzeci, czwarty… , których echo dolatywało po kilku sekundach, już nie wzbudzając takiego podniecenia jak po pierwszym i drugim. Psy sprowadzone z opiekunem, aż z pod Zamościa wypadły z ostrych traw w zaorane pole, za chwilę skryły się w zaroślach, w tym momencie rozległ się daleki tupot i z tych zarośli poderwały się trzy dziki, które w kilku skokach dopadły  przeciwległej ściany zagajnika, gdzie znikły w jego gęstwinie. Jeden wyrośnięty warchlak zawrócił, za chwilę słychać było strzały, to nasi dewizowcy nie marnują amunicji, chyba, że przed wyjazdem do Polski nie dokonali ceremoniału pogłaskania kolanka, bez czego ten cały ich wyjazd jest ewidentną stratą czasu. Dla przypomnienia poinformuje moich czytelników, że jest to taki prastary i sprawdzony  zwyczaj łowiecki…  Jeśli myśliwy chcę, żeby polowanie się udało, żeby spotkał zwierzynę i zdobył trofeum, to musi pogłaskać damskie kolanko lub co daje znacznie lepsze wyniki – ucałować damskie, ale młode kolanko, przed wyjazdem na łowy. W dniu dzisiejszym na polowaniu dewizowym w kole „Ryś” w Dźwierzutach, konkretnie na odprawie w Stankowie, zastanawiałem się - zerkając na filigranową Szwajcarkę, co ma zrobić ta urocza Diana, co ona ma pogłaskać, żeby łowy były szczęśliwe, przecież nie moje, stare, owłosione kolano, więc co?       I w tym momencie przypomniał mi się wiersz mojego starego znajomego Kazimierza Winklera: „Kiedy znawca kobiet uparcie na nią zerka, znaczy to, że się poznał, to, selekcjonerka”.  I za chwilę w pierwszym miocie, bez głaskania męskiej części ciała, celnie trafiła do cielaka. Święty Hubert odpuścił jej tą konieczność. Może dlatego, że była solo lub, że przed wyjazdem tam w Szwajcarii jednak głaskała coś gładkiego? Przez te osiem godzin intensywnego polowania, jeździliśmy dwiema przyczepami po polnych, krętych, pełnych wzniesień i gwałtownych spadków drogach - ku niedalekich pól i łąk. Tutejsze pola w większej części już przygotowane są do zimy, zaorane i zbronowane lub już z zazielenioną oziminą. Ale i w dużej części widać nieużytki rolne, ciemnawe, z wysokim podszytem odrostów, pokrzyw i ostrych traw, w większości połamanych i skręconych, które poddały się wichrom jesieni albo osunęły zgodnie z rocznym cyklem przemijania, czyniąc je polami o przygnębiającym wrażeniu. Ale obok tego uczucia pojawia się coś tajemniczego, co kryje głębia tych nieużytków, bagien, tych zarośli.  Przerażało i zaskakiwało dewizowców swoją niezwykłością, wręcz z niedowierzaniem i zdumieniem zerkali na nasze łowiska. W każdym miocie coś się ciekawego się działo. W jednym pędzeniu ubolewałem, że gdybym ja był na  miejscu jednego z Francuzów, to błyskawicznie złożyłbym się do jednego z pięciu  byków. Ale może bym nie zdążył strzelić lub trafić, gdyż otrzymałbym  dwa punkty czerwone, za strzał naganny. Ale za chwilę biegły trzy byki, z tych wybrałbym jednego, na 100  % strzał selekcyjny. Francuz musiał umieć liczyć i przed każdym pociągnięciem za spust, kalkulował koszt zapłaty za byka. Wówczas przypomniał mi się kawał o Żydach, jak jeden z nich odwiedził sąsiada, który miał młodą i ładną żonę. Odwiedzający zaproponował, że jak żona pozwoli dać sobie jednego klapsa na goły tyłek, to on zapłaci 1000 dolarów. Mąż i żona ochoczo wyrazili zgodę. Ona wypięła goły tyłek, a Żyd głaszcze i głaszcze. –No klepnij wreszcie! Ponagla go jej mąż. O, co to, to nie! Klepnięcie kosztuje tysiąc dolarów, a głaskanie mam za darmo!!!  Na swoje niby połowiczne szczęście Francuz ujrzał na pożółkłej arenie, która zaczęła już tracić wyrazistość barw i kształtów, dwie rozpędzone, rude kozy… Momentalnie pomyślałem, po co tu przyjechałeś, żabojadzie? Dumać na ambonie, przemyśliwać, czy polować? Teraz! Strzelaj! Ale z jego refleksem, to było ewidentne pudło, kozy uszły z życiem.  Po trzech długich miotach, towarzystwo lekko zmęczone pojechało na coś weselszego – zasłużone śniadanie. To przynajmniej jest pewne, że każdy otrzyma swoją porcję i rozprostuje strudzone członki. Nic mianowicie, tak nie utrudza, jak myśliwskie napięcie, jak widok pędzącej zwierzyny i głośne strzały! Działa to wszystko na każdego myśliwego, jak trunek podniecający, jak narkotyk zaostrzający zmysły.  Myśliwi i osoby towarzyszące rozłożyli się jednym wspólnym obozem przy prowizorycznych stołach. Wszyscy jedli z apetytem, brali dokładkę, pili kawę i częstowali się łakociami. Cieszyliśmy się, że mamy wspaniały dzień łowów, jeden z najpiękniejszych dni końca jesieni. –Koniec śniadania! Następny miot! Numery od jeden do siedem i naganka do przyczepy po lewej, reszta ze mną wsiada! Leszek tu siadaj! Ruszamy! I nie ma zmiłuj się, prowadzący jak raz powie, to jest święte i nie odwołalne. No i dobrze, bo przy tylu chłopach, łatwo o galimatias, czyli o kogel - mogel a po naszemu o rozgardiasz i zamieszanie, co w efekcie prowadzi do niebezpieczeństwa przy posługiwaniu się bronią palną. Przyczepy skaczą po wybojach drogi ni to polnej ni to łąkowej, odcinając szmat zagajnika od przestrzeni jakiegoś starego ogrodu z powalonymi drzewami owocowymi, to znów podjeżdżając pod jakieś niezamieszkałe, rozwalające się zabudowania, bez śladu ludzkiej bytności. Końcówka żywotności traw złoto – żółtych, rudych i krwawych z domieszką chwastów i rosnących drzew liściastych: brzozy, osiki i dębu.

 

 

Olchom już przymrozki zabrudziły jesienną zieleń.  Podcienie krzewów już są usłane płowym kobiercem jesieni. Dzień jak już wspomniałem był wymarzony na polowanie dewizowe, a że wiatr trochę żwawy, to mała przeszkoda. Kto mógł to stawał pod wiatr i słyszał każdy ruch zwierzyny. Tak jak wszystko,  co dobre tak i dzień łowów zaczął się pomału kończyć, zaczął po prostu ciemnieć a pierwsze gwiazdy rozpoczynały nieśmiałe mrugać na niebie. Wówczas na trawiastym boisku, łowiska Stankowo odbył się uroczysty finał środkowego dnia, dewizowych łowów. Na widnej jeszcze polanie ułożony został pokot: w pierwszym rzędzie jeleń cielak, następnie dzik, sarny i lis. Wszystko na prawym boku, od prawej do lewej strony. Myśliwi stanęli w szeregu u czoła rozkładu, pomocnicy i naganiacze po przeciwnej stronie. Tradycja i Polski zwyczaj zabrania innego układania i stawania w pokocie i nie daj „Bóg” żeby była inna hierarchia. Prowadzący polowanie zdał raport z wyników drugiego dnia łowów,  podając ile padło sztuk poszczególnych gatunków zwierzyny. Ogłosił i udekorował króla, v-ce króla polowania i króla pudlarzy. Wszyscy obecni stali z odkrytymi głowami. W między czasie wysłuchałem jednego z naszych myśliwych – pracującego za naganiacza, który mi rzekł, że on w każdym kraju na świecie się dogada, nawet w egzotycznych stronach, pod warunkiem, że tam będą umieli mówić po polsku. Do zobaczenia, do jutra, na łowisku leśnym Babant, Darz Bór – tak pożegnali odjeżdżających dewizowców do hotelu „Leśna” w Szczytnie, nasi myśliwi.      A ja szybko do Szczytna, kąpiel, i następny ceremoniał, występ operetkowy, może nie przysnę.

 

 

Pamiętam, kiedyś w Warszawie, będąc  w teatrze z moją szefową z Olsztyna, zasnąłem w miękkim fotelu. Chrapałem, obciach na pół stolicy. Ona ze wstydu przesiadła się do innego rzędu. A ja co się wyspałem, to się wyspałem za wszystkie czasy. Później nawet Wice Wojewoda Olsztyński, podśmiewywał się ze mnie,  że teraz to mi będzie podpisywał i rozliczał delegację, ale tylko do hotelu, na i za noclegi !!!  Tak się rozpisałem, że już drugi rozdział zleciał, a muszę koniecznie zamieścić powyższy humor rysunkowy  z  polowania dewizowego i  na zakończenie powiedzieć Wam jak zniechęcony bezbarwnym życiem erotycznym myśliwy, mówił  w łóżku do żony: -Dlaczego nigdy mi nie krzyczysz, kiedy masz orgazm? Żona, odwracając się do niego plecami, odpowiada:                        

-Wrzeszczęęę, ale nigdy nie ma ciebie  w domu! Jesteś na polowaniu indywidualnym albo zbiorowym ewentualnie przebywasz z dewizowcami!!!  Opowiem Wam jeszcze jeden humor, żeby było jeszcze weselej. Więc na polowaniu dewizowym, diabeł spotkał w lesie trzech zagubionych myśliwych: Polaka, Duńczyka i Niemca. Obiecał im, że wskażę drogę powrotu, jeżeli każdy z nich przyniesie kwitnącą leśną roślinkę.   Polak przyniósł sasankę, Duńczyk przyniósł oset z ładnymi kwitnącymi na nim kwiatami, a Niemiec gdzieś przepadł. Diabeł nie czekając kazał im zjeść przyniesione roślinki w całości. Polak zjadł bez problemu, Duńczyk natomiast je, płacze i śmieje się jednocześnie. –Dlaczego się śmiejesz? –docieka diabeł. –Bo Niemiec idzie z bukietem dzikich róż!!!

 

 

 

 

 

 

 

 

 Rozdział 3

 Groch z kapustą
 

                 Pewnej nocy przyśniło mi się, że gdzieś tam w parku na ławce siedziała młoda, atrakcyjna kobieta i czytała książkę. Dosiadłem się do niej i próbowałem nawiązać z nią dialog, a mówiąc po mojemu chciałem ja poderwać. –Jaką książkę pani czyta?  –Opis  nowoczesnego  seksu. –I jaka jest główna esencja tej książki?  -Że najlepszymi kochankami na kuli ziemskiej są Żydzi i Indianie. –Pani pozwoli, że się przedstawię. Nazywam się Mojżesz Winnetou!  Dalszy dialog przerwał mi głos żony: -Leszek wstawaj, już 6.00, czas zbierać się na grzyby!!!  Przed  snem, ustawiam  swoje jutrzejsze plany, swoje najbliższe i przyszłe działania, ale  nadaremnie, gdy przyłożę głowę  do poduszki - zasypiam snem sprawiedliwym, twardym. Nieraz śni mi się coś wzniosłego, nieraz podrywy, ale przeważnie rano nic nie pamiętam. Ostatnio chcę przed snem sam siebie zapytać, jak dalej pisać? Czy według prawideł sztuki literackiej, ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. W moim przypadku rozpocząć od szczenięcych lat, przejść w wiek młodzieńczy, dalej do średnich lat i aż do  mojego stanu, to znaczy już starego rupiecia. Czy zrobić z mojej książki groch z kapustą, inaczej mówiąc galimatias,  czyli kogel - mogel lub rozgardiasz, zamęt i zamieszanie. Wybrałem to drugie, bo tak mi wygodnie. Jedynie co zrobiłem, przestawiłem tytuł swojej książki, ale czy znów trafnie? Cholera wie, teraz książek w sprzedaży jest tyle, ile dusza zapragnie, już każdy aktor, śpiewak, muzyk…. spisuje swoje wspomnienia . Może i ja wpadnę w tryby tej szalonej rywalizacji. Mój tytuł, może za długi? Kalkulowałem, że jednak korzystnie wpłynie na sprzedaż, a jeżeli okaże się niewypałem! Każdy szanujący się pisarz, przeważnie  myśliwy,  co stwierdziłem niejednokrotnie, swoje opowiadanie zaczyna  od słów: -Miałem trzy miłości: myślistwo, kobiety i psy. Ja natomiast napiszę prawdę, że teraz na stare lata pozostały mi te dwie zewnętrzne.  Natomiast, miałem w przeszłości cztery miłości: myślistwo, malarstwo, kobiety i żeglarstwo. Z tym, że te dwie ostatnie, to coraz częściej sny i wspomnienia. 

        Ach malarstwo artystyczne, to po myślistwie druga moja miłość, o której zapomniałem nadmienić, bo i tak by się wydało! Maluję od kilkudziesięciu lat, najbardziej wyżywam się na plenerach malarskich. Tam mam czas przeznaczyć cały dzień na malowanie. Nic i nikt mnie nie obchodzi, od rana do wieczora tylko sztalugi, farby i tworzenie obrazów, to jest to!  A cóż to jest, co to za stwór, ten plener malarski, tak obecnie modny w naszym kraju. To nic innego jak malowanie na „świeżym powietrzu”. Określenie pochodzi z języka francuskiego ( fr. en plein air ), twórczość na zewnątrz, bezpośredni kontakt z naturą. Faktycznie to nic nowego, gdyż twórczość plenerowa stała się popularna w XIX wieku dzięki francuskim malarzom barbizończykom i impresjonistom. Malarstwo plenerowe mogło rozwijać się po wprowadzeniu w życie dwóch wynalazków: przenośnym sztalugom i farbom w tubkach. Wówczas przedstawicielami tego plenerowego malarstwa głównie we Francji byli: Camille Corot, Claude Monet, Camille Pissarro, Vincent Van Gogh i inni. Oni, jako pierwsi do swoich obrazów wprowadzili jaskrawe światło, blask i powietrze. Szybko i do Polski przyszła na tą sztukę moda. Jej przedstawicielami zostali: Julian Fałat, Józef Pankiewicz, Leon Wyczółkowski, Wojciech Weiss, Jan Stanisławski i wielu, wielu innych.  Mijały owocne lata w malarstwie, nastał wiek XXI, sztalugi pozostały te same, również drewniane, farby akrylowe czy też olejne nadal przetrzymywane są w tubkach z tym, że już większość w plastykowych. Co roku, głównie w lecie, ale nie tylko, w całym naszym kraju organizowane są spotkania artystyczne - w których uczestniczą malarze głównie z Polski, ale niejednokrotnie zapraszani są i z zagranicy. Dziś większość plenerów malarskich odbywa się gdzieś w parkach, w lesie, nad ładnymi jeziorami. Nasze mazurskie spotkania artystyczne odbywają się pod hasłem lub z myślą przewodnią powiązaną z naszym regionem, jak np.: ”Czym jest dla mnie las” lub „Jak widzę mazurski krajobraz”. W naszym powiecie, od wielu lat plenery malarskie  organizowane są głównie i na stałe w trzech miejscach: w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie, w prywatnym pensjonacie w Czarnym Piecu i w Nadleśnictwie Spychowo. Mój znajomy, artysta malarz  Bogusław Maria P., uczestnik wielu mazurskich plenerów, w artystyczny sposób ujął piękno malowania na plenerach malarskich: …odmiennie można interpretować naturę od pierwszego spojrzenia po ostatni malarski gest. Las, kamień, chmura, ziemia, czy blask światła to proza rzeczywistości, która za każdym dotknięciem pędzla zamienia się w poezję różnorodności…   I jest to prawda, jest to piękne, bo nasza miłość do lasu, do sztuki, jak każda miłość jest dziwna, niby chcemy mieć ją tylko dla siebie, ale dzielimy się z nią z innymi uczestnikami plenerów. Uczestniczyłem w ostatnich dwóch latach w czterech plenerach malarskich, w tym w jednym gdzie przebywali malarze z Polski, Czech, Litwy i Niemiec. W każdym z tych spotkań artystycznych poznałem „nowe twarze”, zarówno dojrzałych artystów jak i też tych, którzy chcą doszlifować swój warsztat malarski i znaleźć wiele nowinek artystycznych, o których nie wspominają fachowe podręczniki i nic nie mówią wykładowcy z uczelni artystycznych. Reasumując można rzec, jest to „fajna rzecz”- ale pod warunkiem, gdy pogoda i towarzystwo dopisze. Miałem to szczęście, że jak dotąd zarówno pogodę jak i współ malarzy miałem „super”, co niewątpliwie wpłynęło na otwarcie serc i utrwalenie w różnych technikach piękno naszej mazurskiej ziemi, którą tak mocno pokochali wszyscy przyjezdni, nie wspominając o miejscowych. Oj rozpędziłem się jak popołudniowy pociąg  ekspresowy z Warszawy do Olsztyna, którym jechało dwóch malarzy na plener, i tak między sobą gawędziło:  -Miałem jechać tym rannym, ale od tygodnia nie rozmawiam z żoną. Piszemy do siebie karteczki z poleceniami typu:  „ wynieś śmieci”, wyprasuj spodnie” itd. Gdy miałem dziś rano jechać do Olsztyna, z przesiadką na autobus do Czarnego Pieca, napisałem karteczkę: „obudź mnie o piątej, bo muszę wcześniej udać się na dworzec”. Kiedy się obudziłem, była godzina ósma.  Zerknąłem na szafkę, a tam była przypięta kartka: „Wstawaj, stary byku, już piąta”.  Teraz do sedna sprawy, organizator plenerów, głównie zapewnia: zakwaterowanie, posiłki i zwrot kosztów za materiały malarskie - w różnej wysokości, w zależności od zamożności organizatora. Plenery w których uczestniczyłem mają już wieloletnią tradycję i łączą wiele środowisk twórczych. Biorą w nich udział zarówno artyści profesjonalni jak i amatorzy. Uczestnicy pozostawiają 2-3 oprawione w ramy prace, w wyborze których decyduję organizator. Poznałem kilku organizatorów, ale dwóch z nich oddaje serce, żeby ich plenery wypadły nadzwyczaj doskonale i faktycznie z roku na rok przynoszą coraz większe efekty. Są to już profesjonaliści w swoim fachu: Urszula D-N., organizująca coroczne spotkania artystyczne przy Nadleśnictwie w Spychowie, gdzie jedną z wielu pozytywnych tam ciekawostek jest aukcja wybranych obrazów z poprzedniego pleneru, a odbywająca się w trakcie trwania ogólnopolskiego konkursu sygnalistów myśliwskich. Drugim mistrzem nad mistrzami  jest  Czesław N. - organizator spotkań artystycznych w Czarnym Piecu, gdzie wielce pozytywnym akcentem są wielokrotne wystawy prac malarskich. Pierwsza poplenerowa tak zwana robocza odbywa się już na zakończenie w Czarnym Piecu. Następne w wielu miastach i gminach w Polsce jak również i za granicą. Muszę zdradzić, że w ostatnie lato, przypadkowo spotkałem turystów z Warszawy, zapytali mnie: -Przed Jedwabnem  jest miejscowość Czarny Piec  1 km -  Czy to tam gdzie odbywają się te słynne plenery malarskie? Odpowiedziałem: -Oczywiście, nawet sam tam brałem udział. 

   Plenery malarskie nie powinny odbywać się w zamkniętych pomieszczeniach, w murach, gdzie artyści malarze malują obrazy - ze zdjęć, z obrazków, z reprodukcji! O zgrozo! A organizator taki istnie i na siłę organizuje letnie spotkania artystyczne w tym kierunku. Najdziwniejsze, że w niedalekiej odległości od swojej siedziby posiada - przecudowny, wśród lasów  ośrodek  wypoczynkowy, gdzie można zakwaterować uczestników i byłby, to autentyczny plener malarski. W celu zmiany nastroju opowiem kawał, jak na plenerze malarskim w jednym pokoju, w upał i przy zamkniętych oknach, bez klimatyzacji  ze skunksem w środku – malowali: Mazur, Warszawiak i Ślązak. Organizator rzekł, kto wytrzyma 10 dni, ten w nagrodę otrzyma wczasy miesięczne w Chorwacji. Warszawiak nie wytrzymał dwóch dni, Ślązak wyskoczył po trzech dniach, a Mazur wytrzymał. Organizator go pyta: Jak ci się to udało? –To proste, zdjąłem w czwartym dniu skarpetki i skunks zdechł! Powracając do plenerów malarskich, polubiłem przebywać z artystami w miejscu gdzie pracują. Przedmioty gromadzone przy sobie, sposób ich wyeksponowania wiele mówią o upodobaniach właściciela, potrafią pomóc w zrozumieniu czy określeniu rodzaju twórczej wrażliwości. Poznałem również młodych ludzi, którzy stawiają pierwsze kroki w tej trudnej,  ale jakże pięknej dziedzinie sztuki. Utrzymuje kontakty z profesjonalnymi malarzami, którzy już dawno temu ukończyli Licea Sztuk Plastycznych oraz studia w Akademiach Artystycznych. Zajmują się od lat malarstwem olejnym, akrylowym, kolażem, czasami także grafiką. Mają swoje stałe miejsca w słynnych galeriach, należą do artystycznych formacji i grup. Cyklicznie prowadzą działania wystawiennicze, plastyczno- estradowe, a także warsztaty z dziećmi i młodzieżą. Każdy z poznanych artystów maluje swoją techniką i w swoim niepowtarzalnym stylu, wykorzystując wewnętrzną dyspozycję, która jest źródłem aktualnego natchnienia. Zdradzę Wam ciekawostkę, że Ci wielcy, którzy już maja osiągnięcia, nigdy nie krytykują np. twoich obrazów, wręcz przeciwnie chwalą twoje wypociny, dając jednocześnie rady, co w nich jeszcze można ulepszyć. I to jest piękne.  A tak już prawie na zakończenie tego rozdziału, czy wiecie jak nazywa się mężczyzna, który zawsze wie, gdzie znajduje się jego żona-malarka?  -Nie, to Wam w tajemnicy powiem, że to WDOWIEC. No i już na samo zakończenie zdradzę kawał o plenerach malarskich: Przywieźli podpitego artystę malarza z dwutygodniowego pleneru malarskiego, do domu. Po zamknięciu drzwi, w progu na całe gardło wrzeszczy: -Przyszekłeeeemm! Mocnym kopnięciem  zrzuca buty, w kuchni  wywraca stół i  rozbija naczynia, krzycząc: -W domu jesteeeem!  Przechodzi do sypialni, zrywa prześcieradło z łóżka i depcze je nogami, krzycząc: -Pan domu wróciłłłłł!  Nareszcie opadłszy z sił, pada na łóżko i po cichu wzdycha: -Jak dobrze być kawalerem….. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Muszę się Wam pochwalić, a może pożalić, że nigdy jak dotąd nie sprzedałem swojego obrazu, a namalowałem ich już setki. Rozdaje je swoim znajomym i serdecznym kolegom, jako prezenty, jako pamiątki!  Mam z tego satysfakcje, że goszczę u kogoś w domu. Nikt mi nie powie, że tego Mierzejewskiego kupiliśmy na bazarze, lub z ręki do ręki.               Oj przepraszam! Raz jedyny raz, za mój malunek zarobiłem czterysta marek i to zachodnio niemieckich. Na początku lat siedemdziesiątych narysowałem w pracy, pikantny humor. Nie mogę go na tej stronie zamieścić, gdyż już go nie mam, a i tak nie nadawałby się do druku ze względu na ostry seks. Nazwałem go wówczas ”Tortury indiańskie”.           Do pala przywiązany był kowboj, od pasa do stóp rozdziany. Do jego zwisającego członka, przywiązany był sznurek. Drugi, napięty koniec, poprzez kołowrotki przywiązany był do cyngla rewolweru. Lufa skierowana była prosto w głowę kowboja. Przed nieszczęśnikiem rozbierała się, piękna, seksowna Indianka. Z chwilą gdy naciągnię się spust, to pistolet wypali prosto w głowę. Rysunek ten miał wzięcie, gdyż w tamtych latach, takie malunki były zakazane przez władze. Drukowany został na ręcznych powielaczach. Po kilku latach, byłem prywatnie u znajomego, w tych gorszych Niemczech, jak się u nas mówiło, w tych zgniłych, tych Federalnych. Tam oglądając „ brukowe” gazety, takie, na które żony zakazują zerkać, bo mówią, po co masz na nie wydawać pieniądze jak w swoim domu, możesz oglądać za darmo - zobaczyłem swój humor rysunkowy „Tortury indiańskie”. Nawet w rogu malunku były moje inicjały: LM. Mój znajomy przedzwonił do redakcji, odprawili go z kwitkiem, ale zapraszając osobiście do biura.  Za kilka dni będąc w Koln, dowiedzieliśmy się u nich, że rysunek sprzedał im taki, a taki za 800 marek. Znaliśmy go obaj, gdyż niedawno emigrował ze Szczytna do Niemiec. Mój kolega przedzwonił do niego w tej sprawie, ucieszył się przeogromnie, ugościł nas i zwrócił mi pół zapłaty mówiąc, że on też poniósł koszty. Ja i tak byłem uradowany, bo 400 marek w tamtych czasach to był wielki szmal. Przydało mi się w NRF, dołożyłem do używanego Opla- Kadeta  o pojemności 1,6 D. Wyglądał jak z pod igły, był czteroletnim samochodem nabytym w salonie Opla, był wypolerowanym i odpicowany, jak się patrzy, nawet silnik miał umyty pod gorącym ciśnieniem pary, tapicerka wyprana, gumy wymienione – byłem zaszokowany i wniebowzięty. Wracałem nim przez całe Niemcy Federalne i Demokratyczne do Polski, tak żeby przed godzina 20.00 być na odprawie celnej w  Kołbaskowie. Tam miałem załatwione, że nie będę odprawiany na granicy,      po prostu czynność ta zostanie scedowana  na miejsce zamieszkania. Wyjechałem z samego rana, wyspany, najedzony, prezentów cały bagażnik. Muzyczka gra na cały regulator, klimatyzacja włączona, słońce grzeje, ja podśpiewuję i co mi więcej do życia potrzeba. Pod kołami zostaje Dortmund, Paderborn, za jakiś czas Braun- Schweig  i granica bez jakiegokolwiek czepiania się tych gorszych i następnie lepszych, demokratycznych Niemców. Mijam Magdeburg i przede mną Berlin, który mam ominąć i jechać w lewo i prosto na Szczecin. Ja skręcam, ale prosto do Berlina, jadąc w gąszcz wielkiego miasta. Muszę tu od razu wyjaśnić, że Berlin to była i jest wielka metropolia, pogubiłem się jak małpa w nowym ZOO. Na nic mi się zdał plan miasta, na nic się zdał język, którego trochę umiałem, ale więcej na migi. Niby Berlińczycy tłumaczyli mi i pokazywali jak jechać na Szczecin, ale żeby to było jedno skrzyżowanie jak u nas w Szczytnie, a nie dziesiątki, tysiące ulic! Dochodziła już dwudziesta, a ja ciągle w centrum Berlina. Patrzę stoi Niemiecka Policja, podszedłem i grzecznie proszę o wytłumaczenie, pokazanie na planie miasta, jak wyjechać na „Tranzit Szczecin”. Oni podumali, uśmiechnęli się, coś poszwargotali po niemiecku i machnęli ręką, żeby jechać za nimi. Pędziłem jak szalony, tuż za nimi, doprowadzili mnie do wylotu miasta, na szosę wyprowadzającą na Szczecin.             Na szczęście w Kołbaskowie, zmiana polskich celników była o wszystkim poinformowana i bez problemów zostałem odprawiony po mojej myśli. Późnym wieczorem dobrnąłem na nocleg, do rodziny w miejscowości Łobez. Rano wyruszyłem w dalszą podróż do Szczytna. Długo jeszcze jeździłem tym Kadetem, później nabyłem w Niemczech, Mercedesa 200 D z szerokimi bocznymi listwami, to był „szpan” i szczyt techniki. Na narady przyjeżdżałem ja nim i jeden z Dyrektorów z Urzędu Wojewódzkiego, tylko mój mercedes był o kilka lat młodszy – więc miałem wroga w Dyrektorze, który był lekarzem, dyrektorem a żona prowadziła prywatny biznes. Więc jakże tak, Mierzejewski jeździ lepszą bryką?. Nie mógł mnie i mojego Mercedesa ścierpieć, ciągle się do mnie przypieprzał, o byle co! To tak samo jak w mojej bogatej rodzinie, na wsi. W niedzielę jechali na sumę do kościoła, fiatem 125 P. Patrzą, a biedny sąsiad wyjeżdża, też do kościoła ale Polonezem. Koniec świata, Sodoma i Gomora, już nie pojechali do kościoła, orzekli, że to wstyd na całą parafię. W następną niedzielę kuzyn pojechał na giełdę i kupił zachodniego krążownika.                           Tak się rozpędziłem tymi samochodami, że zapomniałem o malowaniu, a przecież miałem przez to wiele frajdy i na odwrót, nieprzyjemności.

      W dniu 5 stycznia 1973 roku w Zakładach Przemysłu Lniarskiego w Szczytnie zaczęła wychodziła pierwsza po wojnie w Szczytnie gazeta. Była gazetą zakładową i nazywała się „Lenpol”. Byłem w niej grafikiem. Pamiętam przed świętami BOŻONARODZENIOWYMI rysowałem karykatury znanych pracowników. Jednego szacownego inżyniera, będącego pod pantoflem żony, przedstawiłem jak rozwiesza bieliznę na sznurku,  przed swoim domem. Wieszając krzyczy do małżonki: -Kochanie czy równo? Ona z balkonu wrzeszczy: -Ależ znów krzywo, ostatni spinacz przesunięty o centymetr w prawo!!!   Po kilku miesiącach inżynier ten, tak się do mnie odezwał: -Ja do ciebie nie mam pretensji o ten humor, ale moja stara, teraz bez przerwy poleca mi rozwieszać wszystko, po każdym praniu. Ja mu zaproponowałem, że następnym razem narysuje jego karykaturę przed pustym sznurem na bieliznę. On będzie pokazywał gest zgiętej ręki, taki od którego zasłynął Kozakiewicz. –Leszek! Broń Boże, wówczas pracowałbym do końca życia za pralkę do prania bielizny!  Na przekór losowi, narysowałem go jak pierze na tarce do prania, wokół niego hałda do prania a żona krzyczy:  -Ruszaj się, do Świąt zostało dwa dni. Śmiechu było, co nie miara, gniewał się na mnie przez kilka tygodni, potem mu przeszło. W Dziale Głównego Mechanika tych zakładów była nasza zgrana paczka, tam w połowie lat 70 narysowałem humor, jak milicjant jedzie na barana na ORMO- wcu, mówiąc: -Już nie dostaniemy służbowych rowerów. Było dużo śmiechu, ponieważ jak na te czasy kawał był przedni, ponadto wśród mechaników pracowało kilku nielubianych  ORMO-wców.  Za kilka dni dostałem wezwanie na Komendę Milicji, na ulicę Jarzębowskiego, byłem przesłuchiwany na najwyższym piętrze w pomieszczeniach Służby Bezpieczeństwa. Dwóch młodych funkcjonariuszy SB, wypytywało mnie, na okrągło, przez dwa dni z rzędu, kto wymyśla i rysuje takie kawały. Odpowiadałem zgodnie z prawdą, że ja.  Oni na to, że jestem za głupi! I tak w kółko.     --Czy znam inne kawały, godzące w imię naszej ukochanej ojczyzny.  -Znam, ale zapomniałem, bo jestem za głupi! -Co ty, tu za brednie pleciesz, przecież jesteś wykształcony!  Pracujesz w biurze!  W trzecim dniu, z rana , szef SB, porządny chłop, zakończył przesłuchanie słowami: -Jeszcze raz podpadniesz , to pójdziesz siedzieć na dwa lata. Teraz kończymy sprawę - pouczeniem! Udało mi się! Dwa dni w pracy nieobecne, nieusprawiedliwione, niepłatne a trzeci dzień, spóźniony. Okazuje się, że i w dzisiejszych czasach nawet to, co wydaje się niemożliwe,  na stole wydarzyć się może, po prostu „uderz w stół a nożyczki się odezwą”. Wielu kolegów, znajomych robi się obrażalskimi  za przypisywanie sobie humorów, artykułów, w większości nie słusznie. Jeden ze znajomych obraził się, gdyż ma rudawe włosy, a ja karykaturę narysowałem z czerwonymi  kłakami. W czerwcu 2011 roku nasza policja też miała na mnie oko, poniekąd słusznie, ale czy potrzebnie? Mianowicie niezgodnie z kodeksem drogowym włączyłem się do ruchu, na skrzyżowaniu świetlnym  ulic: Odrodzenia, Polska , 1-go Maja i Skłodowska, po prostu przejechałem podwójną linię ciągłą. Na moje nieszczęście, manewr zauważyło 2-ch policjantów, którzy siedzieli w radiowozie. Ja skręcam  w ul. 1-go Maja, oni za mną , ja w Poznańska , oni również. O cholera, nie dobrze! Ja w Solidarności, powolutku, oni też trzydziestką. Dopiero przy  kiosku z codzienną prasą, włączyli „koguta” tak zwaną karuzelę.       Stanąłem , podszedł jeden i normalna procedura : Proszę zjechać na parking przy świetlicy SM , dokumenty, i wstępna rozmowa. Powrót tego samego do mojego samochodu: - Czy zgadzam się na 200 zł mandatu karnego + 5 punktów karnych, czy wolę do sądu?    Tak, tak! zgadzam się, gdyż na sąd nie mogę sobie pozwolić ze względu, że jestem radnym itd. Za jakiś czas ten sam policjant powrócił z wypisanym mandatem na 250 zł + 5 punktów karnych i z taką radością na licu jakby wygrał w totka „milion”. Zapytałem go, czy nie wystarczyło pouczenie lub te 200 zł ?   –Nie, gdyż  wszystko przekonsultowałem z dyżurnym. Nie dałem za wygraną, dlaczego tak długo jechaliście za mną? Gdyż, może jeszcze przyłapalibyśmy Pana na jakimś dodatkowym wykroczeniu! Gdy odchodził widziałem na jego twarzy tą radość, nie wiem czy cieszył się, że zdążył wysłać toto-lotka, czy, że ukarał mnie, jako podpadniętego za mój cięty język i ostre piórko rysunkowe. Na następny dzień wpłaciłem 250 zł i pomyślałem, że czas goi rany i , że kiedyś albo „pouczali albo wsadzali”. Teraz sam nie wiem, które czasy były lepsze, ale wiem jedno, co jakiś czas spotykam jednego z tamtych SB-eków i zawsze bez urazy podaję mu rękę. Muszę niektórym, zwłaszcza młodszym wyjaśnić co znaczyło: ORMO. Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej, paramilitarna organizacja, społecznie wspomagająca Milicję Obywatelską PRL. Działała od 1946 roku do stanu wojennego. Modne wówczas było hasło: ORMO czuwa, śpij spokojnie!, SB- Służba Bezpieczeństwa, organ działający w strukturze resortu spraw  wewnętrznych PRL w latach 1956 – 1990.

 

 

 

 

 

  Muszę również zdradzić Wam moją słodką tajemnicę, lubię słuchać myśliwskich opowieści a zwłaszcza wtedy, gdy robi to urodzony gawędziarz, a z mimiki jego twarzy i gestów rąk bije jeszcze dodatkowa emocja. Lubię oglądać obrazy o tematyce łowieckiej a zwłaszcza wtedy, gdy mogę wniknąć w głąb przyrody i wspólnie z autorem podpatrywać zwierzęta, z którymi mogę współzawodniczyć w chytrości ruchów i instynkcie przetrwania. Nie lubię samemu opowiadać o myślistwie,  gdy wśród słuchaczy znajdzie się nawet jedna osoba  „wrogo” nastawiona do wszystkiego co w lesie i w zielonych mundurach chadza. W ostatnie upalne lato, wywołano mnie do tablicy, jako jedynego myśliwego z grupy malarzy „Czarny Piec 2013”.           A było to na spotkaniu towarzyskim z władzami gminy Świętajno. Opowiadałam o jednym z ceremoniałów łowieckich - wręczaniu złomu, tj. krótkiej gałązki z drzewa, przy którym padło zwierze. Wszyscy wsłuchiwali się jak zauroczeni, tylko Niemka (polskiego pochodzenia), co jakiś czas mi przerywała, wstawiając swoje niestosowne uwagi, że myślistwo, to procedura nie humanitarna, że łowiectwo, to morderstwo itp.              W  pewnym momencie przerwałem ja jej uwagi i zapytałem się szybko, czy lubi dziczyznę?  –O tak, bardzo! – odpowiedziała. Kontynuując swoje pytania, rzekłem: -Czy wie skąd pochodzi dziczyzna? I przy jej milczeniu, głośno odpowiedziałem: -Ze stoiska mięsnego, w Niemieckim Kauflandzie! –A dobre mleko do popicia? –Z niemieckich kartoników. Ogólny śmiech i wesołość, ostudził jej dalszą krytykę, już więcej mi nie przerywała, słuchając w ciszy i spokoju. A ja snułem swą myśl, że nikt w zasadzie nie wie, z jakiego okresu pochodzi obyczaj myśliwski wręczania złomu. Kiedy i w jakich okolicznościach szczęśliwy strzelec w odruchu emocji, po zdobyciu być może niezwykłego trofeum, zerwał gałązkę z rosnącego nieopodal drzewka, którą ozdobił powalonego zwierza?.... Wśród polskich myśliwych, zwyczaj wręczania złomu pojawił się najprawdopodobniej pod koniec XIX wieku. Przypuszcza się, że podobnie jak kult trofeum, wywodzi się on z charakteru Polaków przywiązujących niebywałą wagę, jak żaden inny naród, do wszystkiego rodzaju symboli. Kult trofeum powstał jako wymierny symbol szacunku dla zwierza. Złom zaś jako symbol rycerskiego gestu wobec ubitej zwierzyny z jednej, a wyróżnienie dla myśliwego z drugiej strony. Pomijam wcześniejsze dywagacje Niemki, pozostał nam w spadku po przodkach ten miły, sympatyczny, chętnie  stosowany i najbardziej chyba popularny myśliwski zwyczaj. I nie prawdopodobnie  takiego myśliwego, którego nie cieszy dekoracja gałązką złomu. Fakt faktem, dekoracja dekoracją, trofea myśliwskie też są bardzo cenne, ale przekonałem się, że u naszych myśliwych coraz częściej zdobią ściany również wartościowe obrazy o scenach łowieckich. Do początków XIX wieku mieliśmy w Polsce niewiele dzieł o tej tematyce, konkretnie z myślistwem związanych. Ale nastał i to momentalnie płodny okres. Pierwszym malarzem, który w tym okresie zainteresował się łowiectwem, był Juliusz Kossak (1824 – 1899).                Jego motywy, to akwarela, myśliwi na koniach, charty, sokoły. Franciszek Kostrzewski, znakomity ilustrator czasopism warszawskich, twórca niezliczonych rysunków satyrycznych, poświęcił myślistwu wiele swoich prac. Józef Brant, batalista, przedstawiciel szkoły monachijskiej, w późniejszych latach swojego życia stworzył wiele arcydzieł o tematyce łowieckiej. Józef Chełmoński, malarz rozległych przestrzeni polskich i ukraińskich, namalował wiele wzbudzających zachwyt dzieł. Jego „Kuropatwy na śniegu”, „Żurawie”,  „Zjazd na polowanie”, to obrazy do dziś podziwiane. Maksymilian Gierymski, żył zaledwie 28 lat, a dał się poznać, jako wspaniały pejzażysta – a jednocześnie odtwarzał sceny myśliwskie. Alfred Wierusz Kowalski, wybitny uczeń Brandta, kojarzony zwykle z zimowymi pejzażami i wilkami. Według mojego zdania i nie tylko, najwybitniejszym  twórcą, który poświęcił się tematyce łowieckiej  był niewątpliwie Julian Fałat. Dzięki niemu, dziś wiemy jak w tamtych czasach przebiegała atmosfera wielkich łowów, oddawał  ich przebieg i urok z niezwykłą maestrią. Za swój wspaniały obraz „powrót z polowania na niedźwiedzia” dostał w 1893 roku w Wiedniu złoty medal. Dla każdego myśliwego wszystkie obrazy Juliana Fałata zasługują na złote medale. Nastąpił XX i XXI wiek i długa lista doskonałych malarzy, których nie sposób wszystkich na tej mojej krótkiej stronie wymienić, aby kogoś nie pominąć, nie skrzywdzić. Powiem Wam szczerze, że mi się serce raduję, gdy przy wszelkiego rodzaju porożach, skórach, szablach i fajkach, widzę na honorowych miejscach – obrazy o tematyce leśnej a przede wszystkim łowieckiej. I muszę przyznać, że wielokrotnie spotykam i cenne malowidła, których nie zawstydziłaby się słynna galeria a może i Warszawskie Muzeum Narodowe, nie wspominając o Muzeum w Uzarzewie k/Poznania, gdzie jest bardzo bogaty dział łowiecki.  W tej chwili przypomniał mi się żart, jak dwóch malarzy, w tym jeden z nich myśliwy, wybrali się na łono natury, malować jego piękno przy zachodzącym słońcu. Stanęli na łące, jeden z nich (nie myśliwy), długo patrzył przez lornetkę w stronę lasu, po czym rzekł: -Do tego boru mamy jeszcze bardzo daleko, nie zdążymy przed zachodem słońca. –Będzie bliżej, jeżeli odwrócisz lornetkę!

Ani się człek „spodział”, jak bystro czas zleciał, a może ja za „chyże” tempo przybrałem. Może „trza” sfolgować, gdyż już trzeci rozdział „zakańczam”, a to dopiero 21 listopad 2013 roku. Jak git pójdzie, to z tymi całymi papierzyskami uporam się w mig. Teraz kolej brać się za zakończenie malowidła na szmacie, dla mojego nowego łowczego Franka z Koła „Ryś” w Dźwierzutach. Obiecałem,  to maluję dla niego, do prywatnych zbiorów obraz przedstawiający rysia, który skrada się do leśnego kuraka. Ano zobaczymy jak on mi wyjdzie.  Taką gwarą podwórkową powiedziałby niejeden człowiek z pod sklepu z piwem, a ja wam nadmienię, że faktycznie już kończę malowanie obrazu olejnego, na płótnie, o wym. 65 x 55 cm, który przedstawia wiosenny las. Na pierwszym planie namalowałem głuszca, który tokuje do swojej samicy. Na drugim planie już namalowałem podkradającego się rysia, który jest symbolem mojego koła łowieckiego. Wszyscy myśliwi marzą o strzeleniu lub chociaż obserwowaniu głuszca podczas toków. Wymaga to wyjątkowej zręczności, ponieważ głuszec jest niezwykle dziki, nawet w okresie godowym. Podczas tokowiska głuszec wykonuje cztery pieśni, którą szkoda, że nie słychać z mojego obrazu. Pieśni nazywają się: klapanie, trelowanie, korkowanie i szlifowanie. Podczas szlifowania ptak na 2 – 3 sekundy staje się całkowicie głuchy i wówczas myśliwy może zrobić parę kroków. Następnie znów musi znieruchomieć w oczekiwaniu na następne szlifowanie. Na głuszca poluje się o świcie, na wiosnę. Gdy skończę obraz dla Franka, to w międzyczasie zacznę malować kolejny obraz olejny o wymiarach 77 x 57 cm.  Moja wizja, to zarośnięty brzeg jeziora, w oddali las. Na pierwszym planie myśliwy, skradający się do startujących kaczek. Obraz zakodowałem dać w prezencie Krzyśkowi, prezesowi koła. Aaaa, zapomniałem zdradzić Wam sekret, że ja na swoich obrazach, oprócz podpisu: Leszek Mierzejewski z datą, wklejam jakiś mały, nieznaczny, detal z papieru. Ot tak dla żartu, dla rozpoznania moich obrazów, nieraz łatwo go odnaleźć, a nieraz sam go nie mogę odszukać po wklejeniu, zamalowaniu i skomponowaniu w całość. (Popatrzcie na następnej zakładce, po prostu kliknijcie na „OPOWIADANIA” tam na samym końcu jest mój obraz, z ostatniego pleneru malarskiego w Spychowie, nazwałem go ”Między drzewami”. Jest to olej na płótnie 50 x 70 cm.  Zdjęcie nie jest najlepszej jakości, ale widok jest super.  Powiem Wam w sekrecie i zaufaniu, że nie wiem, gdzie aktualnie i u kogo ten obraz zdobi ścianę? Ale niech przynosi radość, najlepiej gdyby człowiekowi, który kocha przyrodę a w nim zwierzaki leśne) 

Jeszcze zdradzę Wam następny sekret, tajemnicę – obrazy moje,  rozdaję za darmo, jako prezenty. Teraz za nie biorę pieniądze, symboliczne 2 złote. Już mi nikt z kolegów malarzy nie zarzuci, że maluję za „darmochę” lub „za frajer”.

 

 

                                                                         Rozdział 4

                                                     PRZYJACIELE ZRODZENI NA KAMIENIU

       Było to dawno temu, jeszcze przed przewrotem majowym, gdy kraj nasz nazywany był PRL. Przyjaciel telefonuje do swojego serdecznego przyjaciela, dyrektora zakładu produkującego różnego rodzaju pasze dla zwierząt. -Stasiu, koniecznie musisz mi zmienić paszę dla kur, bo jak nie, wszystkie one powyzdychają mi w moim PGR – owskim zakładzie hodowli drobiu. – A co, zdechły już jakieś? Kury jeszcze nie, ale zdechły moje dwie świnki - w domowej zagrodzie. Przyjaciel różnie się kojarzy ludziom: z najserdeczniejszym kolegą,  z druhem,  z sojusznikiem. Są niby wszędzie, ale za większość   z nich ja bym nie dał złamanego grosza. Są wyjątki, którzy kosztują krocie, takie skarby rodzą się na kamieniu, są niewycenieni. Aby uniknąć posądzenia o jakieś tam bajanie, ujawniam źródła informacji, po prostu wiedzę zaczerpniętą z mojego prywatnego życia. W tajemnicy powiem wam, że w młodzieńczych latach, miałem multum przyjaciół, bezinteresownych. Ot takich, z prawdziwej przyjaźni. Wspólne zainteresowania, dziewczyny, podrywy, wspólne używki do których należało wino „patykiem pisane” i najtańsze papierosy. W obecnych czasach ilość i jakość używek wzrosła do niebywałych rozmiarów. Moje używki, wino i papierosy są śmiechu nie warte.  Z biegiem lat wykruszała się ilość przyjaciół, pozostają jednostki i to najwierniejsi. W dojrzałych swoich latach, definitywnie stwierdziłem, że są to już wyjątki – większość to koledzy, lepsi lub gorsi. Są zaprzyjaźnione rodziny, które od czasu do czasu spotykają się z okazji urodzin, imienin, pieczonego ziemniaka i innych okazji. Mam znajomą, z którą kiedyś posprzeczałem się o przyjaźń z ich znajomymi. Twierdziła, że to przyjaźń do „grobowej deski”. Ja twierdziłem, że to przyjaźń z interesu, bo cementował przyjaźń jej mąż, były prezes wpływowej firmy. Nie tak dawno spotkałem ją, zresztą od kilku lat wdowę, która mi rzekła: -Miałeś rację, od pogrzebu męża skończyła się przyjaźń, nie odwiedzają, nie telefonują, po prostu nie maja dla mnie czasu, jestem dla nich za małą personą.  Wówczas pomyślałem: Tak, tak!  To była przyjaźń do grobowej deski!

       Ja miałem autentycznego przyjaciela Jurka, zresztą nie tylko ja, który przedwcześnie, bo w wieku 50 lat, 10 kwietnia 1999 roku poszedł polować do Krainy Wiecznych Łowów. Jurek miał wiele miłości: myślistwo, kolegów, wódeczkę, spotkania towarzyskie, rasowe psy myśliwskie i rządzenie w pracy.       Oj i bym zapomniał – późne powroty do domu! Tak jak go lubiłem, tak go i niejednokrotnie nie mogłem ścierpieć, ale tylko po naszej sprzeczce. Na drugi dzień Jurek telefonował: - Wpadnij do mnie, byku! Mam ci coś do powiedzenia, ciekawego! I już było po gniewie. Jurek zaszczepił we mnie bakcyla łowiectwa, dzięki niemu zostałem myśliwym. W 1993 roku, kiedy Jurek był prezesem koła łowieckiego, rozpocząłem pod jego okiem stażowanie. Po roku już byłem prawomocnym nemrodem. Przez wiele lat jeździliśmy razem do kniei, przeżyliśmy niejedną wielką myśliwską przygodę, którą muszę teraz wydobyć z zapadniętego mroku lasu i ożywić towarzyszące jej niegdyś uczucia. Musi  to być pamięć o Jurku, o naszym wspólnym szczęściu w polowaniach, wielka radość z której czerpaliśmy jak ze studni bez dna - nowe siły, nowe nadzieje. Może to być łza goryczy , powracająca fala wstydu albo wreszcie żal do upływających lat. Żal, że już poluję sam bez Jurka, który spogląda na moje udane strzały , tam hen z góry……  Do dziś wspominam, jak kiedyś przyjechał do mnie  Jurek do pracy , na herbatę i  od razu stwierdził , że najlepszymi  i najmądrzejszymi myśliwymi na świecie są rekiny. Ja mu zaprzeczyłem, że ludzie. Więc On rzekł mi, żebym posłuchał niniejszej opowieści a potem zweryfikował swoją opinię: -Pewnego dnia młody rekin zapytał ojca, kto jest najlepszym myśliwym na świecie ?  -Wiadomo, że my  jesteśmy!  - Tato, a czy możesz nauczyć mnie polować na ssaki niższego rzędu, ludzi? To bardzo proste, płyniesz w pobliże plaży, wypatrujesz najdalej pływającego i najgrubszego człowieka i zaczynasz go atakować! Bezwzględnie przed pożarciem musisz zrobić minimum cztery koła, to jest cztery razy go opłynąć!   - Ależ to głupota!, przecież logicznie jest od razu go pożreć !  Jeżeli chcesz jeść mięso razem z gównem, to rób po swojemu i daj mi spokój!!!    Jurek bardzo często zabierał mnie z sobą, jako młodego stażem myśliwego na proszone polowania zbiorowe,  do różnych kół w województwie i powiecie. Dokładnie pamiętam wyjazd do jednego z  kół w Olsztynie. Polowaliśmy w lasach pod Bartoszycami. Byłem mile zaskoczony i mocno zdziwiony, Jurek notabene, jako Prezes naszego koła w Pasymiu, prawie wszystkich tam znał. Witali go serdecznie, jak kogoś z rodziny,  co mnie jeszcze bardziej postawiło w stan osłupienia. Zapytałem go, o ten stan rzeczy, skąd ich prawie wszystkich zna?  Wówczas Jurek tak mi powiedział, co do dziś pamiętam: -  Brać łowiecka jest jak rodzina , jeżeli będziesz prawym myśliwym, to po kilkunastu latach również będziesz wszystkich znał z naszego olsztyńskiego okręgu, nie mówiąc o nemrodach z powiatu szczycieńskiego. Minęły lata, Jurek odszedł do KRAINY WIECZNYCH ŁOWÓW, z wieloma nemrodami nawiązałem więź, wielu poznałem wartościowych i wspaniałych myśliwych.   Przepowiednia Jurka w 100 % spełniła się, tak jak Jurek kilkanaście lat wstecz, teraz ja miałem wokół wspaniałych kolegów i przyjaciół myśliwych.

         Przypomniałem sobie przygodę Jurka z dzikiem.  Wówczas ja, jako młody stażem nemrod wyjątkowo dobrze ją zakodowałem. Opowiedział mi ją z detalami Jurek.  Zaczynała się na ambonie, która stoi naprzeciw łąk , na ścianie lasu, na koloni przed Elganowem. -Gdy się już rozlokowałem, w dali, po lewej stronie zasypiała wioska. Za plecami z 500 metrów miałem kilka zabudowań gospodarskich. Bezpośrednio przed amboną rozciągała się łąka, za nią rów melioracyjny no i te właściwe przysypane lekkim śniegiem pastwisko, uczęszczane przez dziki i inne płowe zwierzaki. Siedziałem tu nie po raz pierwszy i nie raz tu strzeliłem zwierzaka - snuł swoją ciekawą opowieść Jurek. Z ciekawością lustrowałem okolicę. Wiedziałem, że miejsce jest obiecujące, gdyż te stare przejście dzików jak również miejscem ich buchtowania, szukania larw i robaczków w lekko zamarzniętej ziemi, tuż przy kępie drzew. Cisza panowała zupełna. Księżyc był już w pełni, oświetlił teren, wszystko wyglądało dość tajemniczo. Mrozu było tylko parę stopni. Przesiedziałem już dwie godziny, schodzę – zadecydowałem, mróz zaczął dobierać się do stóp. Nagle ujrzałem z prawej strony przed rowem,  lochę  a za nią sześć mizernych warchlaków. Czekałem na coś większego, może wyjdzie choćby przelatek, gdyż te warchlaki były wyjątkowo kiepskiej postury - takie większe zajączki, niech podrosną z miesiąc! Zdecydowałem jeszcze posiedzieć godzinę.  Za pół godziny, ujrzałem daleko na łące ciemną plamę.  Odległość była dość znaczna, pomimo lornetki nie byłem pewny czy to odyniec, locha, czy wycinek!  W każdym razie plama z wolna przesuwała się w moim kierunku, będąc 100 metrów od mojego stanowiska byłem pewny, że to duży wycinek! Na skraju kępy drzew strzeliłem. Usłyszałem klapnięcie kuli i ujrzałem raptowny skok dzika w zarośla, potem wyraźny trzask suchych gałęzi i martwa cisza. Ocena prosta; dzik leży pomiędzy drzewami! Odczekałem z 10 minut i poszedłem w miejsce strzału. Są widoczne krople farby na śniegu. Ostrożnie, powoli wkroczyłem w zarośla. Duży dzik, może zaatakować! Jest widno, nie widać ciemnej plamy, obeszłam cały rejon aż znalazłem tropy wyjściowe . Pobiegł 50 metrów i wpadł do młodnika, na przeciw. Noc, ja sam, wróciłem się po swojego psa wyżła o imieniu As, który leżał jak lord w samochodzie. Podprowadziłem go do miejsca farby, podjął trop, wpadł do młodnika i cisza. Za moment słyszę ujadanie głęboko w zaroślach i znów cisza. Gwiżdżę, wołam, strzeliłem w górę, nic cisza. Z najgorszymi myślami jadę do leśniczówki, budzę podleśniczego i razem z jego psem pojechaliśmy w młodnik. Rozwidniło się na dobre. Stwierdziliśmy, że mój As odnalazł rannego dzika w młodniku, swoim intensywnym głoszeniem spowodował , że dzik poszedł dalej. As po farbie wrócił do miejsca strzału, nie zastawszy mnie wrócił do samochodu i faktycznie, tam na mnie czekał.  Za dnia, razem z podleśniczym i dwoma psami poszliśmy szukać rannego czarnucha. Dzik cyklicznie po przejściu około 100 metrów  przestawał farbować i znów wznawiał. Przedzieraliśmy się przez kolejne młodniki i drągowiny, dzik kluczył. Psy szły wolno po tropie, nasze drogi rozchodziły się i schodziły. Miałem tego wszystkiego dość, przeszliśmy klucząc prawie 5 kilometrów. Weszliśmy w brzozowy młodnik, stosunkowo gęsty i zarośnięty. Psy już nie chciały iść po farbie, były roztargnione przecinającymi się co chwile tropami. Patrzę w małą szczelinę młodnika, a w odległości kilku metrów leży, chybem odwróconym do góry, a rapetami do dołu – jednak odyniec , wielki , czarno - brązowy i majestatyczny. Odwrócony był do mnie tyłem.   Krzyknąłem na psy, dopadły go – w tym momencie dzik ożył, podnosząc się zrobił zwrot w moim kierunku- naciskam spust, broń zabezpieczona. Dzik szarżuje, odskakuję w bok za krzak, znów pojawiają się psy, atakują go, odbezpieczam sztucer, strzelam w łeb. Dzik pada. Nadbiega podleśniczy, gratulacje. Po wypatroszeniu, odyniec ważył 148 kilogramów. Jego oręż wisi na mojej ścianie, jako jedna z cenniejszych pamiątek po Jurku.

 

 

 

         A teraz dla odprężenia, posłuchajcie jednego z moich humorów: Rozprawa rozwodowa. Przed sądem staje mąż myśliwy, który większość czasu spędza w łowisku.  – A dlaczego to – pyta sędzia – chcecie się, panie myśliwy, rozwieść ze swoją atrakcyjną małżonką? -  Bo, bo … ona mi seksualnie nie odpowiada!  - Patrzcie, jaki łobuz – słychać głos z sali– wszystkim odpowiadam, tylko jemu nie!!!  Łowiectwo, to nie tylko same przyjemności, bywają również i nieprzyjemności, jak odór bagienny, fetor przy patroszeniu… Gdy gdzieś poczuję smród, a w szczególności, gdy w trakcie polowania zawitam na bagna, z których ulatnia się tajemnicza substancja nefrogenna, która daje mi się we znaki, bo momentalnie stają mi przed oczami wiejskie wychodki. Do dziś nie wiem, dlaczego? Przyczepia się od razu do mnie - przepraszam! Przypomina mi się piosenka, którą wówczas śpiewała młodziutka Maryla Rodowicz: „Pamiętam, był ogromny mróz…” Piosenka mało sensowna, lecz sugestywna i natrętna. Od powtarzania i przekręcenia w myśli jej słów, robiło mi się zawsze niesmacznie, gdyż czułem jeszcze większy smród, a to tylko wówczas, gdy wdeptałem w pobliże lub w samo bagno, torfowisko, trzęsawisko lub w trakcie patroszenia zwierzyny. W jej piosence, do słów: „Trzech pasażerów pociąg wiózł” dośpiewywałem sobie bez składu i ładu: „gdy ja stoję na bagnach, niczym w przedziale klasy pozaklasowej, sam jak palec, zasmrodzony i wystraszony itd.”         Do dnia dzisiejszego nie mogę pojąć dlaczego to w średniowieczu smród był całkiem modny, a obecnie przebywanie w nim jest dla człowieka stanem nienaturalnym, że odróżniamy się od zwierząt tym, że nie śmierdzimy. Przecież nie tak dawno jeszcze niemyte, zgniłe pieńki zębów królowały w salonach, a spanie ze świnkami w jednym pomieszczeniu, prócz zacieśniania stosunków rodzinnych, uważane było za szczyt folkloru. Dobrze, że wszystko minęło z biegiem lat. Powstały pierwsze golarki, tarki, łopaty, widelce, grzebienie…. Wiadomo, wiązało to się z jakimiś przemianami społecznymi. Ci, co chcieli, zaczęli się myć, kąpać, obcinać włosy u cyrulika, chadzać do pubów….. Rozwinęła się kultura, sztuka - jednym słowem narodziła się cywilizacja. Zamiast wąchania czyichś kup, porozrzucanych po terenie, zaczęto urządzać łazienki, ubikacje i budować oczyszczalnie. Zamiast polowań, zbierania darów z puszczy - powstały McDonald’y. Uroczystości rodzinnych już nie wyprawiamy przy domowym stole, tylko gości zapraszamy do najmodniejszych lokali gastronomicznych i wszystko jest OK, bo sprzątać nie musimy, tylko nas kasa obchodzi i za kieszeń trzymać się musimy lub do banku ewentualnie kas zapomogowo- pożyczkowych po kredyt chodzić, w pół zgięci. Pamiętam jak w połowie lat osiemdziesiątych, szlagierem opowiadanym w Zakopanem, a później w całej Polsce, był kawał prawdopodobnie z życia wzięty: Stary góral zapytał się turystów, którzy u niego nocowali. –Jak się panockom spało? –Dobrze, tylko strasznie śmierdziało! –A, to nuści się gaździna odkryła, albo wrota od chlewa się odemkły! Parę lat temu byłem w Bukowinie Tatrzańskiej i oglądałem regionalne budownictwo podhalańskie, gdzie w większości domy łączone są w szereg z oborami podobnie jak pomieszczenia w amfiladzie. Na szczęście wyklucza się już przejście do chlewa bezpośrednio z chałupy, eliminując nieprzyjemny zapach od zwierząt hodowlanych. Połączenie wspólne, ścianowe ma korzyść termiczną, gdyż ciepło od zwierząt ogrzewa w dużej części dom góralski. Podobne wspólne ściany spotkać można jeszcze w różnych regionach Polski. Tak się rozpędziłem, że zapomniałem o moim przyjacielu Jurku, jak w połowie lat dziewięćdziesiątych, zawitaliśmy do jednego z gospodarstw na obrzeżach Elganowa koło Pasymia, celem ogrzania się po rannym polowaniu.  Styczniowy mróz nie tylko nam dał się we znaki, ale również Jurka środek transportu „Skoda”, odmówiła posłuszeństwa. Pozostała jedyna nadzieja, ogrzanie ścierpłych i zdrętwiałych nóg, które z trudem utrzymywały nasze ciała. Pech nad pechy, znajomy gospodarz zaprosił nas do chałupy, tylko, że tam było gorzej zimno jak na zewnątrz. Wówczas, gdybym miał odpowiednio ładny głos, zaśpiewałbym balladę wagonową Maryli Rodowicz: „Pamiętam był ogromny mróz”.  Gospodarz jeszcze po nocy nie rozpalił „pod fajerką”, za to rzek: -Chodźcie do chlewa, tam się zagrzejecie. Chlew okazał się przestronnym pomieszczeniem, z czerwonej poniemieckiej cegły, kryty dachówką, a w nim było wszystko z inwentarza: konie, krowy, świnie, owce…. Było tam przecudownie ciepło, tylko strasznie śmierdziało odchodami i obornikiem, który zalegał tam od tygodni. Za niedługi czas, nawet nasza „Skoda” odtajała, ściągnięta za pomocą konia i orczyka. Po kilku dniach, już w Szczytnie, jeden z ważnych pasażerów „Skody” powiedział Jurkowi: -Coś tu w tej Skodzie zalatuje, swojskim smrodem”. Jurek jeszcze z 2 tygodnie jeździł z lekko otwartymi oknami.  W 1998 roku mój znajomy, też myśliwy opublikował w kwartalniku MYŚLIWIEC WARMIŃSKO-MAZURSKI  opowieść  pt.: „Nie ma to jak na kaczki”. Autor, wspomina w niej stare czasy, gdy był jeszcze młodym nemrodem i polował w Kole Łowieckim „Cyranka” w Bartoszycach”.   W czasie jednego z wielu polowań na ptactwo, wybrał się z kolegami  nad bajorko wodne w Wardomach. Bajorko to było tylko z nazwy, gdyż faktycznie było to oczko wodne zasilane gnojowicą pegeerowskiej chlewni. Kaczki uwielbiały to miejsce, ale nie autor, który wpadł w tą maź po pachy. Wygramolenie się z tej cuchnącej cieczy, powrót do Bartoszyc, najdłuższa kąpiel w jego życiu to ciekawa i też „śmierdząca” opowieść. Czternaście lat temu narysowałem humor do powyższej historii, który powtarzam na niniejszej stronie, ale już w kolorze

     Zdarzało nam się popijać przed, w trakcie i po polowaniach. Jurek w tych sprawach należał do pierwszej ligi. W szczególności słynne były jego polowania na pióro, czyli na kaczki. Zawszę było więcej chętnych niż miejsc, ale Jurek nigdy nikomu nie odmawiał, warunek: pół litra i zakąska! Zdarzyło się to nam, gdy wracaliśmy do Szczytna z zimowego polowania zbiorowego. Właśnie po zakończonej libacji. Na szczęście Jurek zawsze prowadził bardzo powoli, ja spałem obok znużony nadmierną ilością pobranych gradusów. Na wysokości Piecek i on zasnął. Samochód już sam źle, a może i dobrze skręcił z szosy na leśną śnieżną  drogę, a następnie ugrzązł w śnieżnej zaspie pod jedną z rozłożystych choinek. Po kilku godzinach mróz nas obudził, już prawie wytrzeźwiałych, ale wychłodzonych i wystraszonych. Wysiedliśmy z auta, próbując dociec, co się stało. Wokół śnieżne drzewa, jak w bajce, śnieg i ciemność. Po chwili sypiący śnieg zatarł nasze ślady, utrudniając powrót do auta. Coraz bardziej wystraszeni i wychłodzeni, trzeźwieliśmy w imponującym tempie. W końcu usłyszeliśmy niedaleki warkot samochodu, idąc za dźwiękiem dotarliśmy przez zaspy śniegu do szosy. Dwa obsypane śniegiem „bałwany” zabrał w końcu do Szczytna uprzejmy, bo znajomy kierowca. Następnego dnia wyruszyliśmy na poszukiwania samochodu, ale bez powodzenia. Trzeba było zorganizować solidna grupę poszukiwawczą. Dopiero z dziesięciu ludzi ustawionych w tyralierę, mniej więcej w okolicy, gdzie samochód został, znalazło zgubę już pod sporą warstwą śniegu. Od tamtej pory Jurek gdy pił, to zawsze zamykał oczy. Gdy go pytałem o przyczynę zamykania, to mi odpowiadał, że przyrzekł sobie, że więcej do kliszka nie zajrzy. Po tej przygodzie spłodziłem humor jak myśliwy spotkał w lesie mocno podpitego jegomościa, który stał pod drzewem i bujał się na nogach. –Skąd pan jest? Pyta myśliwy. –Z Atlantydy! Bełgocze jegomość. –Przecież Atlantyda już dawno zalana! Krzyczy myśliwy. –A ja to nie?

             Ja i Jurek w tym samym czasie posiadaliśmy psy myśliwskie, ja foksteriera „Sabę”, Jurek wyżła „Asa”. Lubiłem w Jurka firmie opowiadać kawały związany z naszymi psami, było śmiechu wśród kolegów…… -Moja Saba ma wspaniały węch. Ostatnio zapomniałem zabrać na polowanie nóż, dałem mu powąchać pochwę i wierzcie mi, że wkrótce wrócił z nożem wpysku. –A jednak mój As, to jest mistrz nad mistrzami w powonieniu! Powiedział Jurek.  Podczas ostatniej wyprawy na plażę, żona zapomniała strój kąpielowy. Dałem mu powąchać jej biust i nie uwierzycie – po godzinie przyprowadził listonosza.

Z Jurkiem i z naszymi psami wyżłem Asem i młodą suczką foksterierem Sabą, wybraliśmy się do zaprzyjaźnionego leśniczego w pobliże Olsztyna, na zaproszone polowanie indywidualne. W obejściach leśniczówki witała nas jego suka bez rodowodu o imieniu Lora.  Nie grzeszyła ona urodą: łeb miała jak sagan osadzony na cienkiej i długiej szyi, wyrastającej z wygiętego kadłuba o krótkich nogach i wywiniętym w spiralę ogonie. Za to posiadała mnóstwo myśliwskich zalet, o których zaczął nas zapewniać leśniczy w trakcie zakrapianego poczęstunku. Rozwodził się na ten temat szeroko, przywołując, co chwilę z kuchni małżonkę na świadka, ale z niepewnych potakiwań głową, wywnioskowaliśmy, że nasz gospodarz zapewnie trochę przesadza. Była typową „dzikarką” z dziada pradziada, twierdził pan domu, i oczywiście głosiła wyłącznie dziki ewentualnie jeżeli poleciłem, to również jelenie, szła kilometrami za farbą, rozróżniała znakomicie świeży trop od starego i na ciche gwizdnięcie bez wahania wracała do nogi, odznaczała się przy tym niesłychaną ciętością i odwagą. –A ty Jureczku na dziki czy jelenie z wyżłem?  -zadrwił z mojego kolegi leśniczy. –As jest uniwersalny, był na niejednych dzikach i na wielu rykowiskach -Odparł z uśmiechem Jurek. –Chyba nie zaaportował jelenia? –Nie. Ale nie raz odszukał postrzałka. –A twojego szczeniaka w kieszonkę włożysz czy do breloczka przypniesz? – zwrócił się do mnie gospodarz lasu.  -Jak trzeba będzie to ją do torby wsadzę! Wstaliśmy od stołu, aby wyruszyć w  łowisko.  Drzewa stały w jesiennej szacie, lekki wiatr już zrzucał pierwsze kolorowe listki, na bladym niebie pyszniło się zachodzące słońce Przeszliśmy jeden i drugi zagajnik, potem wysoki las bez podszycia. Teren był falisty, pagórkowaty,                o stromych wzniesieniach, poprzerzynany głębokimi jarami. Psy poszły w gąszcz, myszkowały w krzakach, na dnie jarów i nie znalazłszy nic godnego uwagi, ukazywały się na przesiekach. As a tuż za nim Saba wracali bez wezwania do nogi i szli o pół kroku za nami, póki Jurek znów nie polecił im szukać. Natomiast Lorę trzeba było brać na smycz, bo rwała się bez przerwy do przodu, psując nam szyki. W jakiejś drągowinie pogoniła za szarakiem, skomląc i szczekając na przemian z uciechy, i żaden gwizdek nie skutkował. Ganiała za wszystkim, co się ruszało, póki nie zgubiła tropu, płosząc przy tym wszelaką czarną i płową zwierzynę w okolicy. Nasz leśniczy skwaśniałą miał minę, twierdząc, że to towarzystwo Asa i Saby negatywnie wpływa na poczynania mądrzejszej od nich- Lory. I wówczas przypomniał mi się humor, który opowiedziałem po naszym polowaniu- myśląc, że da on dużo do myślenia leśniczemu: Znudzony polowaniami myśliwy zaczął grać ze swym psem w szachy. Wtem zjawia się kolega: - O rety! Ale masz mądrego psa! - Jaki on mądry, to  dureń, tylko raz ze mną wygrał, a  trzy razy i to pod rząd przegrywa. Siedem lat temu Saba zmarła śmiercią naturalną, ze starości, po prostu poszła w las i więcej nie wróciła. Szukałem jej kilka dni, szukał ja leśniczy Edek, pracownicy leśni. Ona czuła, że kończy żywot i samotnie umarła gdzieś pod drzewem w lasach Gór Trelkowskich za Dębówkiem.  Parę dni temu mój kolega radny zapytał mnie, czy faktycznie w myślistwie jest tyle ras psów i czy to potrzebne? Tak, tak, obecnie w łowiectwie używane są psy o różnym stopniu specjalizacji: użytkowo jednostronne, wielostronne oraz wszechstronne. Psy jednostronne, to grupa wybitnie wąsko wyspecjalizowana, ukierunkowana na jeden rodzaj polowania jak np. posokowce bawarski i hanowerski. Psy wielostronne predysponowane są do pracy w dwóch środowiskach, a z kolei wszechstronne pracują równie dobrze w polu, lesie jak i w wodzie. Są to legawce, chociaż także wykorzystuje się inne rasy - ale mój kolega już nie słuchał mówiąc, że to wyższa matematyka, nie dla niego. Ja wolę politykę, gdzie jest mniej skomplikowanych zagadnień, i poszedł. A ja narysowałem, czcząc pamięć mojej Saby, niniejszy malunek psa „Brytana” na ździebełku słomy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miałem jeszcze wielu przyjaciół, ale o jednym z nich muszę wspomnieć, muszę napisać minimum kilka stron, gdyż był, to człowiek niepowtarzalny, o którym już dziś krążą legendy. Wielu ludzi go nie znało, jednak przypisują sobie wiele opowiadań i mitów z nim powiązanych. Włodek odszedł przedwcześnie, mógł jeszcze pożyć. Jego żywotem, można obdarować kilku dojrzałych mężczyzn. Pierwszy raz zobaczyłem go, a faktycznie poznałem w Wyższej Szkole Policji, wówczas Milicji. Mój kolega, pierwszy sekretarz zakładowej partii zapoznał mnie z nim, jak on był w stopniu kapitana. Miałem jakąś tam sprawę do załatwienia. W następnych latach spotykaliśmy się od czasu do czasu, na odprawach, naradach, świętach państwowych, z okazji 1 Maja, 22 lipca…. Włodek awansował na stopień majora, pamiętam miał cały sznur poprzypinanych odznaczeń i medali. On miał swoje towarzystwo, milicjantów ze szkoły, ja swoich kolegów z zakładu pracy. Sporadycznie wypijaliśmy, z jakiejś tam okazji wódkę i nasze drogi rozchodziły się na jakiś okres czasu. Dopiero pewnego dnia, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy Włodek był na milicyjnej, oj przepraszam już policyjnej emeryturze, a ja pracowałem jako Dyrektor Techniczny w miejscowej służbie zdrowia,  zetknęliśmy się na dobre. Włodek doszlusował, jak to się gwarowo mówiło, do naszego grona, liczących się i mogących wszystko załatwić, dyrektorów i prezesów szczycieńskich firm produkcyjnych, spółek, zakładów, zrzeszeń i innych towarzystw. My decydowaliśmy, kto może z nami przebywać i z różnych okazji uczestniczyć w balangach. Byliśmy zgraną paczką, wszystko i wszędzie mogliśmy temat załatwić. Od drobnych spraw do poważnych przedsięwzięć.  W kraju tak jak i w Szczytnie zaczęła pokazywać się bieda. Nam żyło się dostatnie, byliśmy zatrudnieni na dobrych posadach, niektórzy prowadzili własny biznes, inni mieli wysokie emerytury. Włodek idealnie dopasował się do naszego grona. Potrafił wszystko zorganizować i to bezinteresownie, a w niektórych sprawach przewyższał nas wszystkich, po prostu pił jak wielbłąd, jak sucha gąbka. Przypominał mi on Stanisława Grzesiuka, z ulicy Tatrzańskiej z Warszawy, którego książki: „Boso, ale w ostrogach”, „Pięć lat kacetu” i „Na marginesie życia”, w młodzieńczych latach czytałem wielokrotnie. Była to moja ulubiona lektura. Włodek przed naszą Szkołą Oficerską, służył, jako oficer wojskowy w Kętrzynie. Do Szczytna został przeniesiony na własną prośbę, ze względu na mieszkanie. Posiada dwoje dzieci, syna i córkę. Posiadał dwie charakterystyczne cechy: czarny, cienki wąsik, który z biegiem lat zaczął farbować i niepowtarzalny glos. Głos cwaniaka z warszawskich przedmieść. Włodek zawsze mówił: „Cio trźeba prźyłatwić, nawijaj, nie ma śprawy aby Włodziu nie ziałatwił. Ale gdy np. byliśmy w towarzystwie lekarzy w Szpitalu Wojskowym w Olsztynie, to Włodek potrafił rozmawiać czystym, literackim językiem, dopiero po kilku głębszych przeszedł na swoją gwarę, wzbudzając aplauz i wesołość. W tamtych czasach, kiedy każdy skakał z jednej posady na drugą, zarobić można było dużo, tylko towarów w sklepach brakowało. Trzeba było posiadać układy i znajomości lub dobry bajer, ewentualnie być zatrudnionym na wysokim  stanowisku, żeby godnie żyć. Właśnie Włodek miał układy, znajomości i dobry bajer. Pamiętam odwieczny problem myśliwych, brak naboi do dubeltówek. Któregoś dnia Włodek rzekł, swoim cwaniackim głosem: -Jedziem do Pionek, ja tam wsiśtko, co potrziebujecie ziałatwię! Okazało się, że zna Dyrektora w Fabryce Amunicji Myśliwskiej w Pionkach, teraz to już na pewno nie istniejącej lub przekształconej w Spółkę. Pojechałem ja, Jurek, Stefan ówczesny Łowczy Powiatowy, jeszcze jeden kolega myśliwy no i Włodek. Wyruszyliśmy w trasę, Jurka zakładową ”Nysą”. Wszystko poszło gładko i składnie, tylko Włodziu bez zgody Dyrektora załatwił większą ilość amunicji. Szef Działu Zbytu, to też jego kolega. Mieliśmy wypisane dwie faktury, na ilość uzgodnioną i ewentualnie zwiększoną. Dyrektor, przy pożegnaniu powiedział nam, że jeżeli Komendant Straży Przemysłowej, nas odprawi z tą zwiększoną ilością, on nie będzie stawiał sprzeciwu. Wówczas dla kół łowieckich był zakaz bezpośredniej sprzedaży, jedynie odrzut z eksportu mógł być sprzedany, ale tylko w tej maksymalnej ilości, jaką mieliśmy uzgodnioną z Dyrektorem.  Podjechaliśmy pod portiernię, Włodek krzyczy do wartownika: -Wołać natychmiast Komendanta! Strażnik w mundurze pyta:  -A kto prosi?  -Major  policji, biegiem!  Komendant był gdzieś na terenie zakładu. My w Nysie wystraszeni, co z tym Włodkiem? Zamiast grzecznie, on ponagla już następnego strażnika. Patrzymy biegnie Komendant. Włodek z daleka krzyczy do niego: -To my tu czekamy z godzinę, a ty tak witasz gości ze Szczytna! I zaczęli się całować, a potem my. Wypiliśmy u niego 1 litr wódki. Potem gościł nas u siebie w domu. Późnym wieczorem wyjechaliśmy z większą ilością amunicji, za którą zapłaciło koło przelewem. Jak się okazało Komendant był słuchaczem naszej szkoły milicyjnej.  Razem z Włodkiem przewrócili niejedną butelkę. Przed wyjazdem do Pionek, Włodek już z nim wszystko uzgodnił, trzymając nas w słodkiej niepewności.  Włodek wszystko, wszędzie i dla wszystkich potrafił załatwić, ale jednej sprawy dla siebie nie mógł w żaden sposób zbajerować. Jego kuzynka, była pielęgniarka, dostała eksmisję z mieszkania zakładowego będącego pod zarządem służby zdrowia. Włodek już jeździł do tego miasta,  rozwijał swoje talenty i układy, zapuszczał swoje macki, pił wódkę w administracji i na nic. Decyzja o opuszczenie lokalu nadal była prawomocna, termin eksmisji zbliżał się szybkimi krokami. Któregoś pięknego poranka, sekretarka poinformowała,  że odwiedził mnie Pan Włodzimierz. –Lesiu! Przyjacielu, jeżeli ty mi nie pomożesz, to nie ma życia, wyjeżdżam na Syberię lub w Afrykański busz, tak być nie może! –Co się stało? - zapytałem się zdziwiony. I wówczas Włodek wyłożył mi na ławę całe swoje zmartwienie. Tak się złożyło, że Dyrektorem zarządzającym tymi lokalami był mój serdeczny przyjaciel, który notabene, podpisał jej wypowiedzenie z lokalu mieszkalnego. Szkopuł w tym, że nie pił on alkoholu, był abstynentem już od kilku lat. Znałem jego upodobania, gdyż jeździliśmy nie jeden raz, na kursy, narady, konferencję. Poinformowałem o tym problemie mojego miłego, ale zmartwionego gościa, który natychmiast zacytował przerobioną fraszkę Jana Kochanowskiego: „Ziemia deszcz pije, z ziemi drzewa piją. Z rzek morze pije, z morza wszystkie gwiazdy żyją” - a my z twoim Dyrektorkiem z jednej szklanki będziemy pili….  Umówiłem się z moim kolegą na spotkanie, nie mówiąc mu o, co  mi chodzi, tylko, że mam temat do załatwienia. W drodze, a robiłem za kierowcę, Włodek dla dodania animuszu twierdził, że gruba baba chudnie na cienkim pałaszowaniu. Rośnie na dobrym żarciu no i popijaniu. Dyrektor przyjął nas jak się patrzy, my buzi – buzi, kawa, herbata, paluszki, ale nic z alkoholi. Na początku kilka słów uprzejmości i Włodek do sedna sprawy, z tym, że nie pytając się o zgodę gospodarza wyłożył 0,7 litra dobrej, białej wódki na stół i wędzone węgorze na zakąskę. Gospodarz gabinetu aż się za głowę złapał, twierdząc, ze on od 10 lat kropli w ustach nie miał. Włodek aż się poderwał, mówiąc swoim charakterystycznym głosem: -Cio? To o 10 lat za długo, ja Panu to mówię major policji, praktyk i teoretyk w tym temacie i zaczął swój słynny bajer, swoje prawdopodobnie najlepsze,  jakie słyszałem bajanie. W trakcie swoich wywodów, twierdzeń i załatwiania sprawy, nalewał, częstował. Wypijali na którąś tam z rzędu nóżkę. W między czasie był bruderszaft, ja jeździłem po następną butelkę. Gdy wróciłem, sekretarka miała wielkie oczy i wypisany nowy przydział na mieszkanie. Boże kochany! Ile ja się z nimi umęczyłem, wieczorem musiałem jeździć po mieście, bo dyrektor mocno pijany krzyczał: -Na k……! Odwiozłem  go do samego mieszkania. Żona dyrektora zaniemówiła, najpierw się na mnie darła, wyzywała nas to znaczy mnie i dyrektora od pijusów i bezbożników, później mnie przepraszała i dziękowała, jako trzeźwemu za przyholowanie jej pijanego męża. Włodek już spał, aż do samego Szczytna, dzierżąc w teczce prawomocny przydział na mieszkanie. Na drugi dzień telefonował do mnie, po południu  dyrektor, twierdząc, że ma strasznego kaca i, że przez  następne 20 lat nie spojrzy na alkohol. Poprosił mnie żebym więcej nie przywoził do niego, tego diabła Włodka. Ja też dzięki kacowi, nigdy więcej nie piłem jak jeden dzień. Po prostu, na drugi dzień, zawsze miałem i mam kaca giganta, choruję dwa trzy dni, muszę mieć kilka tygodni przerwy. Nic mi nie pomagało i nie pomaga, żaden klin, żadne inne lekarstwo, żadna mikstura, żaden wynalazek tylko czas bez alkoholu. Dlatego miałem spokój, nie bałem się uzależnienia.

      Kilka razy jeździliśmy do Kaliningradu na handel bazarowy. Były to kilku dniowe wypady z noclegiem w hotelu, gdzie urządzaliśmy balangi.  Włodek któregoś dnia zamówił i opłacił miejscową pijaczkę, żeby nam pod oknem, śpiewała rosyjskie piosenki. Ubaw był po pachy. Najciekawsze były przejazdy przez zatłoczoną granicę, gdzie bez układów trzeba było odczekać minimum 3 - 4 godziny. Jednego razu jechało nas 10 osób, opłaconym mikrobusem. Przed granicą stał WOP –ista, młody chłopak z czynnej służby. Włodek nieoczekiwanie dla nas zapytał go, gdzie jest dowódca, i jak się nazywa? Kapral odpowiedział mu, że dowódca jest poza miejscem placówki, na odprawie. A jak się nazywa, to nie jego sprawa. Wówczas Włodek poczuł się w swoim żywiole. Zaczął krzyczeć, że dowódca miał na niego, majora tu czekać itd. Kapral się przestraszył i już na baczność zameldował, że kapitan taki a taki, podając jego nazwisko, będzie za godzinę lub dwie i zaczął nas przepraszać. Pojechaliśmy w stronę granicy, gdzie Włodek zobaczył starszego sierżanta WPO-u. Poprosił go do siebie, żądając pilnego przywołania dowódcy, kapitana i wymienił jego nazwisko. Jednocześnie zaznaczył, że kapitan miał tu na niego, majora czekać. Starszy sierżant zaczął tłumaczyć, że kapitana chwilowo jest nie obecny, ale czy on może w czymś pomóc. Włodek poprosił go o bez kolejkowe przekroczenie granicy. –Ależ nie ma problemu! Sierżant stanął w drzwiach, obok kierowcy i bez jakichkolwiek  problemów kolejkowych  dobrnęliśmy pod samo przejście graniczne, gdzie protekcja naszego opiekuna wpłynęła na błyskawiczną odprawę przez celników Polskich i Rosyjskich. W czasie jazdy, Włodek znalazł z nim wspólny język, doszukali się koleżków i znajomych z jednostki wojskowej w Kętrzynie. O Włodku można snuć opowieść od wieczora do rana. Fenomen jego osobowości już się nie powtórzy. Pamiętam miał jedną zaletę, a może wadę, pił jak smok, ale nigdy się nie upijał, po prostu jak miał dość, to kończył. Tylko, że on rzadko, kiedy miał dość, przeważnie, to jego współtowarzysze mieli dość. Na drugi dzień, nawet po wielkiej balandze, Włodek bywał wykąpany, ogolony, w czystej koszuli, pod krawatem i już gotowy do następnego działania. Kiedyś, gdy nocowaliśmy razem w dwuosobowym pokoju w hotelu, już skoro świt Włodek urządzał w łazience swoją toaletę, a ja zdenerwowany byłem na niego, że nie daje mi spać, a faktycznie wkurzony byłem na swojego kaca. Włodek na moje narzekania, rzekł: -Lesiu, wśtawaj  ciódny dzionek, trzia zmontować klinka na siamopociucie!

     Każdy nowy dzień, to nowa Włodka przygoda, szkoda, że została przerwana. Nie byłem na jego pogrzebie, nawet nie wiedziałem, że zmarł, przebywałem wówczas na kuracji sanatoryjnej. Że Włodek poważnie choruję, wiedziałem – leczył się w Poliklinice Olsztyńskiej, gdzie mieliśmy zaprzyjaźnionego Dyrektora Naczelnego. Włodek jak i Jurek nie przestrzegali zaleceń medycznych, po prostu robili dobrą minę do złej gry, chcieli przechytrzyć Pana Boga. Podstawowym i pierwszym zaleceniem medycznym był całkowity zakaz picia alkoholu, ale to nie dla nich – przegrali. Miałem jeszcze wielu przyjaciół, o których będę opowiadał w mych następnych wspomnieniach.

 

                                                     Rozdział 5

                         MŁODZIEŃCZE POTY I PSOTY

          Gdy byłem malutkim dzieckiem to strasznie lubiłem bajki, a najbardziej o sierotce Marysi i siedmiu krasnoludkach. Gdy już troszeczkę podrosłem, to lubiłem opowieść jak krasnoludki ją podglądali przez dziurkę od klucza, gdy kąpała się ona w łazience. Ponieważ byli mali, to stawali jeden na drugim, i ten na górze, co ją widział mówiąc pozostałym: -Zdjęła stanik, zdjęła stanik, zdjęła stanik –powtarzali jeden drugiemu, aż wieść doszła do dołu. –I co, i co, i co? – Pytanie wracało od dołu do góry. –Zdjęła majtki, zdjęła majtki, zdjęła majtki, zdjęła majtki….    –I co, i co, i co? –Nic, stoi. –Mnie też, mnie też, mnie też...  Gdy już na tyle podrosłem, że uważałem się za dorosłego, to koniecznie chciałem podróżować z ojcem do Warszawy, i jeździć tam schodami ruchomymi, które woziły ludzi na Trasie W-Z. Były to pierwsze takie schody w Polsce, niegdyś stanowiące jedną z głównych atrakcji stolicy, ze względu na wystrój tunelu, w którym się znajdowały. Nazywano je „perełką socrealizmu”. W lipcu 2013 roku, po 64 latach, zostały i u nas w Szczytnie, uruchomione w Centrum Handlowym „Mazur” – pierwsze ruchome schody. Tamte warszawskie wybudowali fachowcy z firmy „Metrostroj” z Moskwy, a ruszyły 22 lipca 1949 roku. Jako pierwszy nimi zjechał najważniejszy człowiek w Polsce tow. Bolesław Bierut. Wówczas, żeby zapewnić frekwencję na uroczystościach otwarcia Trasy W-Z, poniekąd w święto 22 Lipca - obiecano mieszkańcom Warszawy, że po zakończeniu uroczystości zostanie wyświetlony, w tunelu, szwedzki film pornograficzny pt.”Baba na żołnierzu”. Okazało się, że nie był to szwedzki film, a rosyjski, nie pornograficzny, lecz panoramiczny a tytuł jego brzmiał nie Baba na żołnierzu, ale Ballada o żołnierzu. Nasze szczycieńskie schody wybudowali i zamontowali już polscy specjaliści, a uruchomiono je 27 lipca 2013 roku. Jako pierwszy miał zaszczyt na nich zjechać  Pan Starosta szczycieński. Dziś już nie muszę wnuczków wozić prawie 180 km do Warszawy, żeby pojeździć tym cudem techniki, bo już nie jest to dla nich żadna atrakcja. Wolą na przykład pojeździć zwykłym wiejskim zaprzęgiem, o dziw ciągnionym przez najnormalniejsze konie. Schody, schodami, ale największą sensacja, to właśnie było otwarcie Centrum Handlowego „MAZUR”, wielkiego przestronnego gmachu o powierzchni 2200 m2, w którym znajduje się 50 lokali. Schody ruchome, szkło, aluminium,  beton, światło, przestrzeń, jednym słowem błysk i szpan na miarę naszego miasta. Pamiętam na otwarcie tego Centrum Handlowego przyszedł jeden gość ze strusiem, wielkim ptakiem, który chodził mu cały czas przy nodze. Zaciekawiona ochrona obiektu, zatrzymała go i zapytała się dlaczego paraduje cały czas z tym ptakiem, zamiast trzymać go gdzieś w zagrodzie? On im opowiedział swoją nieszczęśliwą historię związaną z tym strusiem: -W styczniu, łowiąc ryby na lodzie, złowiłem złotą rybkę, która zaproponowała mi spełnienie trzech życzeń, za wolność. Ja dureń, zgodziłem się na jedno, mianowicie żebym zamiast swojego, miał dużego ptaka. Dobiliśmy targu, wypuściłem złotą rybkę, moja fujareczka zmniejszyła się do 1 centymetra, a obok mnie pojawił się ten duży ptak. Faktycznie, to nie mam pretensji do złotej rybki, bo dokładnie nie określiłem o, co mi chodzi. Teraz codziennie chodzę na ryby, może znów złapię tą złota rybkę. Struś  siedzi przy mnie.

        – A mi nadal jest szkoda starego bazaru, który stał właśnie na tym miejscu. Tam, ongiś działał w części bazar ruski, który kilkanaście lat temu został zlikwidowany przez naszych prominentów i głośno wrzeszczący handlarzy, bo konkurencja, za niskie ceny i tandeta! Lubiłem spacerować po naszym rusko-polskim bazarze, oglądać różności porozkładane na kawałkach plastykowej folii lub gazetach. Niezapomniane wrażenia wywarły na mnie wielkie bazary:  na stadionie  dziesięciolecia w Warszawie lub suk w  Bagdadzie, Szirazu w Iranie, czy też ten wielki w Istambule, na którym miałem nawet kilku znajomych Turków, biegle władających naszym językiem. Handlowałem również w młodzieńczych latach na bazarze w Budapeszcie, w Moskwie, Berlinie i Wilnie- ale nasz szczycieński, polsko – ruski bazar, to było coś. Zawirowanie historii i ekonomiki, w jakie się rozpoczęło u schyłku naszego stulecia, trwa do dnia dzisiejszego. Każdy z mieszkańców, co wtorek i piątek pędzi, a prawie każdy z przyjeżdżających pyta o drogę, na targ miejski. Ludziska chcą tam kupić jakiś drobiazg, nie tylko „na pamiątkę”, ale dla dopełnienia obrzędowej czynności kupowania, nie mówiąc o bieżącym zaopatrzeniu w świeże owoce, warzywa, ryby, kwiaty i wszystko, co nam sprzedający sprytnie podsunie. A czy ktoś w najbliższej przyszłości zapyta, gdzie jest oszklone, piętrowe centrum handlowe? Pamiętam kiedyś, za grosze, przyniosłem z ruskiego targu coś wprawdzie zupełnie nieprzydatnego, ale z biegiem lat korzystnego. Mianowicie ręczną, elektryczną piłę do cięcia drewna – teraz jak znalazł! Pewnego razu zobaczyłem Rosjanina, podnoszącego z kupki towaru zawiniątko. Coś długie, opakowane w karton i związane sznurkiem. Wyciągnął ze środka, rozebraną ramę od obrazu. Drewniana, rzeźbiona. Zaciekawiony przystanąłem i zacząłem się przyglądać. Od razu mnie zagadnął i towar prawie wcisnął do ręki.  Nie tak dawno odnalazłem zawiniątko, zmontowałem z tego przecudowną ramę do mojego obrazu, który niewątpliwie zyskał na atrakcyjności. Mam jeszcze stare żelazka z duszą, które zdobią mój pokój, miniaturową fajkę wodną, stare zegary, nie mówiąc o innych pamiątkach, które się już gdzieś zapodziały lub porozdawałem znajomym lub dla rodziny. Wczoraj jadąc przez Szczytno patrzyłem na nowo wybudowane gmachy a w nich centra handlowe, w oknach wywieszki: -DO WYNAJĘCIA, OD ZARAZ. Już zakończono budowę nowego budynku w kształcie pół rotundy, gdzie większość lokali jest też do wynajęcia. A jeżeli już coś, ktoś wydzierżawi, to żeby nie było jak w tym dowcipie, gdy dziewczynka  po wejściu do lokalu, rzekła do mamy: -Mamusiu, kup mi tą wielką śpiącą lalę! -Cicho dziecko! Karci córkę mamusia. –To nie lala, to sprzedawczyni. Pamiętam, że gdy już podrosłem, to podziwiałem bikiniarzy, którzy ubierali się w najmodniejsze i najdroższe wówczas ciuchy, a fryzury mieli niczym późniejszy Presley. Stateczni ludzie, żyjący z dnia na dzień ze skromnej pensji, szydzili z nich i drwili z ich osobowości, z ich wyzywającego jak na te czasy wyglądu. Później, gdy byłem podrostkiem, dorastającym młodzieniaszkiem, zachwycałem się gdańskimi cinkciarzami, którzy królowali wśród elity najdroższych, nocnych lokali rozrywkowych. Gdy byłem studentem zazdrościłem doktorom, docentom, profesorom, za ich intelekt, ich elegancję i ogólnie mówiąc za ich szyk. Gdy rozpocząłem pracę, serce mi o mało nie pękło, gdy kłaniałem się: kierownikom, inżynierom, nie wspomnę o dyrektorach. A gdy już zdobyłem wyższe wykształcenie, to mój szef, Wojtek (zacny człowiek) pouczał mnie: -Pamiętaj, że mgr inż. to znaczy, możesz gówno robić i nieźle żyć. A robotnik bez wykształcenia, to wspak, żebyś niewiadomo ile robił gówno masz. Gdy zostałem dyrektorem, to nigdy nie zadzierałem nosa, byłem po prostu człowiekiem, a przesiedziałem na dyrektorskich stołkach prawie 30 lat, bo od 08.01.1980 r. zaczynając w Zakładach Lniarskich „Lenpol” w Szczytnie, a kończąc emeryturą 01.03.2009 r. w Zakładzie Gospodarki Komunalnej w Szczytnie. Summa summarum, zawodowo przepracowałem 47 lat, faktycznie 44 lata, gdyż 3 lata szkoły zawodowej stoczniowcy gdańscy wywalczyli zaliczając i mi do stażu pracy.

    Mój Boże….. Pamiętam jeszcze, z moich młodych lat, gdańskie prostytutki inaczej zwane „Mewy”, jak paradowały ulicą Grunwaldzką we Wrzeszczu. Chodziły w sukienkach, powyżej kolana, ładne, zgrabne, w ciuchach prosto z gdyńskiej „Baltony”. Ich docelowy kurs, to restauracja „Cristal” lub „Akwarium”. Tam był ich stały namiar, tam się udawały, aby zarabiać na bojkach twardą walutę. Zawsze, gdy którąś z nich ujrzałem, zawracałem na jednej nodze i szedłem urzeczony ich zgrabnymi nogami, aż do samego lokalu, do którego wchodziły damy. Dobrze, że nie maszerowały dalej, do Gdańska Oliwy, bo bym się nie odkleił. Gdy już trochę okrzepłem, nabrałem ciała, po prostu zmężniałem, to swoją karierę rozpocząłem od klubu „Ster” we Wrzeszczu. Przeskakując lata, gdy już byłem statecznym mieszkańcem Szczytna, mój znajmy, nie tak dawno, w luźnej rozmowie zapytał mnie, czy znam Sopot który leży nad morzem: –O tak – odparłem – bywałem tam wiele razy, i w lato i w zimę, wiosną i jesienią. Balowałem tam często w okresie zamieszkiwania we Wrzeszczu, gdy „Czerwone Gitary” grały w Non-Stopie. W tym momencie niemal ugryzłem się w język. Bywałem tam, owszem, ale było to bardzo dawno temu, bo pół wieku wstecz, gdy „Czerwone Gitary” występowały najpierw z zimowym Non-Stopie w Sali Kongresowej sopockiego „Grand Hotelu”, a następnie śpiewali w letnim Non-Stopie tuż przy samej plaży. Była to wielka brezentowa kopuła, pod którą mieściło się dzień w dzień prawie dwa tysiące osób. Można tam było szaleć w tańcu na betonowym, okrągłym podwyższeniu lub posiedzieć przy stoliku. Trudniej było dopchać się i postać przy estradzie. Do Non-Stopu ciągnęła młodzież z całej Polski, spotykałem tam wówczas dużo znajomków ze Szczytna, którzy z sentymentu do Krzysztofa Klenczona „pędzili” do tej muzy młodzieżowej piosenki.  Krzysiek zawsze znalazł chwilę czasu dla krajana, żeby z nim pogadać o Szczytnie, o znajomych, o muzyce, o pogodzie….  Ja do Non-Stopu miałem zawsze wstęp wolny, gdyż po pierwsze, znałem wszystkich członków zespołu, a w szczególności Krzyśka jako swojego, z młodych lat kumpla ze Szczytna. Po drugie, pracowałem a faktycznie byłem oddelegowany do obsługi bratniego klubu, jakim był klub Stoczni Gdańskiej „Ster” we Wrzeszczu.  W klubie tym występował bardzo popularny wówczas na Wybrzeżu zespół młodzieżowy ”Tony”, którego solistką była Halina Frąckowiak. Pozostali członkowie zespołu to: Ryszard Poznakowski, Tadeusz Chlewiński, Tadeusz Dmuchowski, Krzysztof Wiśniarowski, Tadeusz Mróz i Andrzej „Jajo” (którego nazwiska już nie pamiętam). Więc obsługa sopockiego „Non-Stopu” liczyła się ze mną, wiedząc, że lato szybko mija i  oni niedługo będą ode mnie uzależnieni.

      W okresie wcześniejszym gdy „Czerwone Gitary”  nosiły  nazwę  „Pięciolinie”, jesienią 1964 roku –  w hali Stoczni Gdańskiej odbyły się słynne „muzyczne derby”, pomiędzy  PIĘCIOLINIAMI i TONAMI. Do dzisiaj wspominam, kilku tysięczny wrzeszczący tłum młodzieży, kordony milicji, jazgoty trąbek, gwizdków i kołatek, coś niesamowitego i niepowtarzalnego. Kierownikiem Klubu „Ster” był Adam D., najbardziej wpływowy człowiek od kultury na Wybrzeżu.  W połowie lat sześćdziesiątych objął on kierownictwo nad „Czerwonymi gitarami”. Oznaczało to, ni mniej, ni więcej - najlepsze wówczas w Trójmieście, a faktycznie i w Polsce warunki materialne i rozwojowe dla tego zespołu beatowego. Ale jednocześnie wytworzyła się nie zdrowa atmosfera pomiędzy zespołami, gdyż po okresie letnim w „Sterze” występowali na przemian, raz „Tony” a gdy wracali z występów to „Czerwone Gitary”. Na szczęście był to okres przejściowy. 

          Ja w „Sterze” odpowiedzialny byłem za sprzedaż biletów, wpuszczanie młodzieży i porządek na sali, gdzie mieściło się około 500 osób. Mimo to bardzo często brakowało biletów i „mocno się pociłem” nad utrzymaniem ładu, składu i spokoju. W Trójmieście zwalczały się wówczas grupy młodych „bitowców”. Na co dzień wybuchały rozróby pomiędzy chłopakami z Gdańska, z Wrzeszcza, z Sopotu i z Gdyni. Ale nigdy nie dochodziło do pobicia starszych ludzi lub „Bogu Ducha” idącej wieczorem pani, jak to obecnie jest u nas w modzie. „Ster” przyciągał młodych jak magnes i to nie tylko z Wybrzeża, ale również z całej Polski. Wielokrotnie spotykałem tu też znajomych z mojego rodzinnego miasta. Pamiętam , że kiedyś młode małżeństwo powiedziało następujące słowa:                 -Przyjechaliśmy prosto ze Szczytna, tyle kilometrów, żeby posłuchać  Klenczona, a tu biletów zabrakło, co zrobić ? Było śmiechu, bo ktoś odrzekł: -Tu wszystko zależy od Leszka, który pochodzi  ze Szczytna. Zawołano mnie, patrzę, to mój kolega z jednej klasy szkoły podstawowej nr 3. Młody „żonkoś”, w czarnym garniturze, przyjechał z żoną, do rodziny w Oliwie, na trzy dni. Ucieszyłem się, otrzymali wstęp bezpłatny, najlepsze miejsca i faktycznie cały swój rozrywkowy czas spędzili w „Sterze”. Postawiłem mu jeden, jedyny warunek, żeby nie ubierał tego, czarnego uniformu. Obciach w ówczesnej młodzieżowej modzie, tylko coś włożył na luzie i bez krawatu. Wówczas, w połowie lat sześćdziesiątych, już szałem mody były dżinsy: spodnie i bluzy przywożone przez marynarzy z zachodu lub kupowane w „Baltonie”* za dolary od znajomych cinkciarzy*. Jeżeli zabrakło miejsc na sali, wielu zawiedzonych usiłowało podglądać zespół przez wybijane szyby lub wyrwało boczne drzwi przeciw pożarowe, te od strony domu towarowego My, aby nie dopuścić do dewastacji obiektu, zdecydowanie, a niejednokrotnie dość drastycznie przeciwdziałaliśmy tym dewastacjom. Pamiętam, pewnej soboty przyszedł nie wizytację niezapowiedziany, przedstawiciel stoczni ds. kulturalno-oświatowych, od którego b. dużo i wiele zależało. Mój kolega, którego wyznaczyłem do pomocy porządkowej, osiłek i bokser wagi ciężkiej, miał za zadanie pilnować bocznych drzwi wejściowych, które wcześniej były kilka razy wyrywane z zawiasami. Wizytator ujrzał tłok młodzieży przed głównym wejściem, więc poszedł od tyłu, przed wejście boczne i rozpoczął stukanie, pukanie następnie walenie do drzwi. Na koniec zaczął nimi szarpać. Osiłek nie wytrzymał, nie sprawdzając kto się dobija, zdenerwowany otworzył szybko drzwi, huknął solidnie pięścią pod oko, aby „wandalowi” nie uszkodzić wzroku. Jakie było jego zaskoczenie, kiedy zobaczył, że na ziemi leży jego własny stryjek i na dodatek wszystkiego, półprzytomny. Uratowało nas: natychmiastowy, zimny okład pod okiem i tłumaczenie, że to jakiś nieznany łobuz rąbnął go bez naszej wiedzy… nogi takiemu z d… powyrywać, oraz uratowała nas kojąca muzyka „Czerwonych gitar”. Stoczniowiec całość zajścia skwitował jednym słowem, że to jego wina, gdyż jest to „DOZWOLONE OD LAT OSIEMNASTU” więc po co on tu się pchał, stary 50 letni pierdziel. Dopiero po jakimś czasie dowiedział się, że fiolet pod okiem nosił za sprawą swojego bratanka. Miał do nas żal, że od razu nie powiedzieliśmy mu o autorze tego malowidła.  -No to ty Sopot znasz! Tak skwitował moją opowieść znajomy. –A ja, specjalnie nie chciałem się chwalić moją znajomością tego letniego kurortu, bo to jest pierwszy plociuch w Szczytnie.  Ach, bym zapomniał, na zakończenie tego odcinka przedstawiam Wam, już można tak powiedzieć „białe kruki” w fotografice. Na zdjęciu, po lewej stronie Halina Frąckowiak w 1965 roku a po prawej zespół „Tony” przed klubem „Ster” też w 1965 roku. Zdjęcia z mojego prywatnego zbioru, a fotografie wykonywał: Zakład fotograficzny „Fotoplastyka” z Sopotu

Dla młodych wyjaśnię, że:

*Sklepy Baltona, to były dawne ekskluzywne  stoiska z artykułami pochodzenia zagranicznego, w nich towar tylko za tzw. twardą walutę, pierwszy sklep został uruchomiony w Gdyni. Oficjalnie z usług Baltony mogli korzystać osoby zatrudnione za granicą, którzy otrzymywali w całości lub w części wynagrodzenie w dewizach, jak marynarze, rybacy, dyplomaci, personel latający LOT itp.

A kto to był Cinkciarz ?  W tamtych latach, handlarz twardą walutą tj. dolarami, markami, funtami, koronami itd., ścigany przez organa MO, przestał istnieć z chwilą powstania kantorów wymiany walut to jest od roku 1989. Cinkciarz  „pracował” w modnych kawiarniach i restauracjach, gdzie wymieniał dla przyjezdnych głównie marynarzy walutę – na polską , po rynkowym, czarnym kursie. Oficjalny kurs bankowy był nieopłacalny, dwukrotnie niższy,  jaki oferowali o każdej porze dnia i nocy cinkciarze. Za czasów PRL  cinkciarze byli elitą wśród bogaczy na Wybrzeżu. Przez  noc cinkciarz zarabiał pobory wysokokwalifikowanego stoczniowca. Opłacali: milicjantów, ormowców, kelnerów, naganiaczy, prostytutki, szefów kawiarni i restauracji, taksówkarzy, właścicieli warsztatów za fikcyjne ich zatrudnienie itd.

       Po ośmiu latach pobytu w Gdańsku – Wrzeszczu, powróciłem do swojego Szczytna. Byłem wtedy młody, zdrowy, jeszcze dość przystojny oraz pełen werwy i chęci do życia. Z tym, że do mojej przygody, do lat spędzonych na Wybrzeżu jeszcze powrócę, gdyż są to lata najmilsze, bo młodzieńcze.  W Szczytnie musiałem gdzieś rozpocząć pracę, bo już starzy zaczęli kręcić nosem, że sprowadził się obibok i Milicja Obywatelska sprawdzała w dowodzie osobistym, czy nie jestem leniem, obibokiem i niewygodnym obywatelem dla reszty społeczeństwa. Pierwsze kroki skierowałem do Zakładów Remontowo-Montażowych PZZ, gdzie Dyrektor zaoferował mi pracę referenta technicznego, lecz o miernych poborach. Wieczorem w kawiarni „Danusia” (mieściła się na rogu ulicy Odrodzenia i 3-go Maja) koledzy namówili mnie żebym zatrudnił się w „Ollenie” późniejszym „Lenpolu”.  Rozmowę o zatrudnieniu przeprowadziłem z Dyrektorem Naczelnym, który po zerknięciu na moje wykształcenie i kwalifikacje zawodowe, złapał się za głowę krzycząc; -Człowieku, ja tu nie buduję okrętów, tu nie stocznia, tu roszarnia. Wstałem i chciałem wyjść, ale on na to: -Chwila, moment jak Pan tu wdepnął, to Pan od nas wyjdzie, ale już jako emeryt. Nie miał jednak racji, w przemyśle lniarskim przepracowałem 14 lat, od 15 marca 1967 roku do  19 października 1981 roku. Ówczesny dyrektor naczelny był zacnym człowiekiem, lubianym i szanowanym przez załogę, miał duże poczucie humoru, które wykorzystywał przy każdej okazji i nikt się na niego nie obrażał.          Do 1970 roku firma nasza nosiła nazwę: Olsztyńskie Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Ollen” w Szczytnie na ul. Gnieźnieńskiej 2. Podlegały pod nią dwa zakłady produkcyjne w Miłakowie i w Sępopolu. Od 1 stycznia 1970 roku dołączono do nas zakłady produkcyjne w Ełku, Bielsku Podlaskim i Bazę Nasienną w Łomży, i nazwę zmieniono na Północne Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Lenpol” w Szczytnie. W tym okresie czasu zatrudnialiśmy bardzo wielu zdolnych ludzi z przeróżnym wykształceniem z tym, że w latach siedemdziesiątych pracowników z wyższym wykształceniem było jak na lekarstwo, dosłownie kilku. Technik w zawodzie „to było coś”, nawet naczelny nie miał ukończonych wyższych studiów. Dużo pracowników szczyciło się małą maturą, tj. dziewięć klas szkoły średniej. Ja mając pięć klas technikum budowy okrętów, myślałem, że wszystkie rozumy pozjadałem. Pamiętam, gdy już byłem Zastępca Dyrektora ds. Technicznych, zgłosiła się do mnie jedna ze starszych urzędniczek z pretensją, że nie jest awansowana, a przecież ukończyła wyższe studia i pokazała mi dyplom ukończenia WUMiL, to jest Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu i Leninizmu przy Komitecie Powiatowym PZPR w Szczytnie. Było dużo uciechy w dyrekcji, bo faktycznie, co trzeci urzędnik, a każdy partyjny miał ukończony ten uniwersytet. Awansowałem ją, ale w kategorii zaszeregowania bez podwyżki finansowej. Nie była usatysfakcjonowana, chodziła na skargi, ale bez skutku. Wcześniej, w 1973 roku, gdy pracowałem w Dziale Głównego Mechanika, została zatrudniona w naszych zakładach na stanowisku Głównego Energetyka, stara panna, inżynier, o wszystko obrażalska. Mnie tolerowała, nawet wybaczała dość nie cenzuralne słówka. Kiedyś, przed jej gabinetem wyrwało mi się popularne, brzydkie zdanie. Ona przez otwarte drzwi krzyknęła: -Panie Leszku, tym paskudztwem po ustach! Zawstydziłem się, przeprosiłem, ale cały zakład huczał przez tydzień. Podlegli i inni pracownicy, od początku nie darzyli ją sympatią. W Wytwórni Płyt Paździerzowych między innymi pracowali trzech przyjaciele o nazwiskach (imienia i pisownie nazwisk troszeczkę pozmieniałem, ze względu na ewentualne pretensje i żale); Rajchard Ruha, Stefan Burdel i Wojtek Kutas). Inżynier pilnie poszukiwała Rajcharda Ruhę, którego w tym czasie nie było wśród nich, ale pyta tych dwojga: -Który z panów Ruha? Oni odpowiedzieli jej jednocześnie: -My w pojedynkę i w dwóch, jak pani inżynier sobie życzy!? Ona mocno się zdenerwowała i pyta pierwszego:  -Nazwisko? On jej grzecznie: -Burdel. Ona już wściekła pyta drugiego: -A pan jak się nazywa! –Ja nazywam się Kutas!!! Dłużej nie wytrzymała, wściekła i z płaczem wpadła do gabinetu dyrektora naczelnego, szlochając opowiedziała całe zdarzenie, kwitując, że tu dłużej nie wytrzyma, zwalnia się i wyjeżdża.  Dyrektor podsumował całą historię jednym zdaniem: -Nikt tam pani nie obraził, chłopaki chcieli dobrze i mówili szczerą prawdę. Pani inżynier długo miejsca w „Lenpolu” nie zagrzała, wyjechała i ślad po niej zaginął.

      Ja w Lenpolu miałem nadzwyczaj dobrze, stosunki międzyludzkie układały mi się idealnie, a u przełożonych miałem super poważanie. Od młodych lat bardzo często jeździłem w delegacje służbowe. Kiedyś na dłuższy okres czasu oddelegowany byłem do naszego zakładu do Miłakowa. Modernizowaliśmy tam maszyny na wydziale roszarni. Mieszkałem na ośrodku wypoczynkowym nad jeziorem „Mildzie”, tuż za naszym zakładem. Okres ten wspominam, jak pobyt w raju, dzień w pracy zlatywał w mig, później obiad w stołówce na ośrodku, no i plażowanie lub żaglówka ewentualnie inne wodne rozrywki. Wieczorem, to już męskie rozrywki w mieście Miłakowo lub na miejscu w ośrodku, a było w czym wybierać, jak w ulęgałkach, zważając na to, że byłem wolny jak ptak, na posadzie i  do tego przystojny, to znaczy ładniejszy od diabła, gdyż wtedy liczyłem 189 cm wzrostu i 80 kg wagi. Któregoś parnego popołudnia, Kierownik ośrodka biegał jak poparzony, wyniósł się ze swojego domku, gdzie wymieniono pościel prosto z magla. Sprzątaczki domek wietrzyli i czyściły od rana, popłoch, jednym słowem ktoś ważny przyjeżdża z centrali. Dowiedziałem się, że dyrektor naczelny naszych zakładów ma tu nocować z dyrektorem Zjednoczenia Przemysłu Lniarskiego z Łodzi. Około godziny 22.00 odszukał mnie kierownik ośrodka, z wiadomością, że dopytuję się o mnie mój dyrektor. Natychmiast się zameldowałem, byli już lekko podcięci, mój szef poprosił mnie o małą przysługę, zorganizować damskie towarzystwo i alkohol. Ja na to, jak na lato, przecież byłem mistrzem w tych sprawach. Bez mrugnięcia powieką, od razu odpowiedziałem: -Nie ma problemu, w mig załatwiam temat. Wziąłem ich służbową, czarną „Wołgę”, parę groszy i obrałem kurs do miłakowskiej knajpy. Około 3 kilometry od ośrodka wypoczynkowego. Znałem już wszystkie miejscowe ślicznotki, wybrałem trzy dziewczyny, którym kazałem mówić, że one mogą balować, ale tylko w trójkę, to jest  pod moją opieką – i tak super biesiadowaliśmy do białego rana.  W następnych latach wielu ludzi nie mogło dojść, dlaczego Leszek taki małolat, a ma idealne układy i to na samej „górze”, w Zjednoczeniu!

 

      W moich młodych latach, najpopularniejszym z trunkowych napoi było wino, tak zwane „patykiem pisane”. Najtańsze i najgorsze, jakie można było sprzedawać w państwowych sklepach. Nazywaliśmy je „siara”, bo kto za dużo go wypił, to rano odbijało się najzwyklejszą siarką, identyczny zapach, jak z wypalonych zapałek. Do dzisiejszego dnia zapamiętałem jeden gatunek wina, którego nie zdążyliśmy wypić, wino własnej roboty z jabłek. Jesienią 1968 roku, w Dziale Głównego Mechanika Północnych Zakładów Przemysłu Lniarskiego "Lenpol" w Szczytnie, ustawiliśmy 50 litrowy gąsior z przecieru z jabłek rosnących obok naszego biura. Biuro mieliśmy usytuowane na terenie zakładu, urzędowaliśmy tam w niedurzym baraku razem z urzędnuikami z Działu Głównego Energetyka. Po pewnym czasie nastąpił cykl fermentacji, bo również dodaliśmy drożdże i cukier zgodnie z procedurą polskiego przemysłu monopolowego. Po niedługim oczekiwaniu, liczonym w tygodniach, nastąpił proces cyklicznego bulgotania. Od czasu do czasu odwiedzali nas przełożeni, tak i jednego feralnego dnia zwizytował nas Dyrektor Techniczny. Poznaniak z pochodzenia, skąpy i niemiłosiernie oszczędny, jak przysłowiowy Szkot. Kiedyś kazał sobie zrobić szufelkę na śmieci, kierownik warsztatu kupił szufelkę w sklepie, zaniósł mu ją do gabinetu nie odrywając nawet metki z ceną. Ten nie zwrócił pieniędzy i nawet nie podziękował. Gąsior ukryty był za szafą i kotarą, ale pomimo naszego głośnego mówienia i chrząkania, Dyrektor usłyszał bulgotanie i zaciekawiony zajrzał i wykrył biurową produkcję wina. Wściekły, ze złością zaczął krzyczeć i stukać butem w gąsior – aż stało się nieszczęście: szklany baniak pękł i cała zawartość cennego trunku wylała się na podłogę. Efekt stukania, to calutki pokój zalany winem. Wykładzina do wyrzucenia, a odorem alkoholowym czuć było z daleka i to przez miesiąc. Dyrektor techniczny wybiegł od nas w zalanych butach i cieknących nogawkach od spodni swojego  garnituru. Dyrektor naczelny zdecydował, że na własny koszt musieliśmy wyremontować podłogę, odkupić dla Dyrektora buty i spodnie, z tym, że dyrektor buty wysuszył, spodnie wyprał i wyprasował i za jakiś czas w nich paradował, ale gotówkę od naszej czwórki zainkasował, taki był z niego szuja, alko poznański chytrus. Trudno, ale ile było śmiechu tego nikt nam nie odbierze, cała załoga miała wesoło przez kilka miesięcy. Jak rozpoczynałem pracę w „Lenpolu”, to nie było wydzielonego zakładu transportu, tylko istniał wydział transportu, pod którego podlegał cały tabor jezdny, zresztą mocno zużyty, samochody przestarzałe i wyeksploatowane. Najnowsze wówczas osiągnięcia polskiej motoryzacji, to „Star 20”, na które zakład nasz otrzymał 3 przydziały. Żeby je odebrać w Starachowicach trzeba było czekać wieki, z może i więcej. Dyrektor naczelny polecił mi jechać do Starachowic, razem z kierownikiem transportu panem Kazikiem, uczyć się załatwiania tego typu sprawy. Pojechaliśmy mikrobusem „Nysą” Pan Kazik, ja i trzech kierowców. W Starachowicach w Fabryce Samochodów razem z p. Kazikiem i dwiema teczkami uwędzonych węgorzy udaliśmy się do Działu Zbytu i Sprzedaży. Pan Kazimierz rozpoczął rozmowę z urzędnikami, że mamy dużo do przewożenia lnu, że samochody się sypią, itd. Współczuli nam, miny mieli posępne, ale nic z tych rzeczy, kazali czekać na swoją kolejkę. Pan Kazimierz zaczął brać ich „pod włos”, to znaczy wciskać bajer, że jechaliśmy całą noc, czy możemy tu przy stoliku zjeść śniadanie, wypić kawę? -Prosimy, nie ma problemu! Ja wyjąłem termos z herbatą, Pan Kazik dwa węgorze, które pokroił na porcję i zaczęliśmy jeść z pieczywem. Patrzymy im oczy wychodzą na wierzch, ślina cieknie po brodach –  więc Pan Kazik zapytał się grzecznie, czy zjedzą po kawałku, oni, że chętnie. Zamknęli drzwi na klucz, p. Kazik dokroił jeszcze węgorzy, bo było ich czterech i poprosili swojego kierownika. Wyciągnęliśmy dwie butelki wódki i zaczęło się prawdziwe mazurskie śniadanie. Finał powyższego, że za parę godzin trzech naszych kierowców wracało do Szczytna nowymi Starami 20, a ja nauczyłem się jak załatwia się sprawę od ręki.

        W latach osiemdziesiątych największą bolączką naszego zakładu była sukcesywnych, ale cykliczna dostawa węgla. Nasza kotłownia jak i kotłownie zakładów produkcyjnych były bardzo energochłonne, po prostu pożerały niesamowite ilości opału, a to ze względu na konieczność produkcji dużej ilości pary do podgrzewania basenów roszarniczych, suszarek do lnu, ciepła do budynków mieszkalnych i hal produkcyjnych. Przydział węgla uzależniony był wyłącznie od Centrali Zbytu Węgla w Katowicach, gdzie trzeba było i jeździło się minimum raz na kwartał z odpowiednią ilością świeżych ryb. W naszym zakładzie pracował w dziale inwestycji, dobroduszny, przez wszystkich lubiany jeden grubasek, który lubił imprezy, kawały i nie stronił od wszelkiego rodzaju żartów.   Na początku lat siedemdziesiątych kupił motocykl „Junak”, którym często jeździł w delegacje. Jednego razu pojechał ze swoim pracownikiem, na dwa dni do Bielska Podlaskiego, nie było ich cztery dni, bo dobrze im się tam działo. Naród wschodni jest nadzwyczaj gościnny i za kołnierz nie wylewali. Piątego dnia, gdy spotkał go w Szczytnie Dyrektor, to krzyknął: -A co się z panami działo, tyle dni?  Zainteresowany, który nie wymawiał ”r”, odpowiedział: -A to wszystko wina tego Junaka, Panie Dylektorze! Jak wyjechaliśmy pielwszego dnia, jak dałem gazu, pędzę i pędzę i pędzę, Aż patrzę a tu tablica: Moskwa 30 ilometlów. O kulwa! Wystlaszyłem się, zawlóciłem i z powlotem, gazu. Pędzę i pędzę i pędzę, aż patrzę a tu tablica: Bellin 20 kilometrów. -Jaki Bellin? -krzyczy Dyrektor. -No stolica Niemiec wschodnich, to ja wyciągnąłem mapę i już spokojnie dojechałem do Szczytna.  Dyrektor uśmiechnął się, machnął ręką, a naszemu winowajcy udało się, takie to były wówczas czasy. Oj, zapomniałbym o jeszcze jednej ważnej sprawie, którą muszę opowiedzieć, a która też ma powiązanie z rybami. Muszę wybiec w przyszłość, nastąpiły nowe czasy, już skończyłem dyrektorowanie w Szczytnie, już powróciłem z Żyrardowa, gdzie miałem być Zastępcą Dyrektora ds. Technicznych i osiadłem 1 maja 1981 roku w zakładzie produkcyjnym w Miłakowie. W tym czasie Miłakowo, jako jedno z pięciu miast gminnych w Polsce zostało zaliczone przez najwyższe władze partyjne do „Agro- Miast”.  W planach rozwojowych miało być pięknym miastem, produkcyjno – wypoczynkowym. Na początku miały być wybudowane trzy duże, wielorodzinne, komunalne bloki mieszkalne. Nawet została opracowana dokumentacja techniczna. Jeden z bloków miał być budowany przez przemysł lniarski, a konkretnie ze środków Ministerstwa Przemysłu Lekkiego, gdyż takie wówczas istniało. Aktyw polityczny gminy Miłakowo, starał się o środki inwestycyjne, ale bez skutku. Na któreś tam z rzędu naradzie, ktoś wpadł na pomysł, żeby mnie zaangażować w ten temat, po prostu wysłać mnie do Łodzi i do Warszawy celem załatwienia budowy naszego bloku, bo jestem obyty w ”świecie”. Najgłośniej w tej sprawie krzyczał, komendant miejscowej milicji, który wyjątkowo mnie nie cierpiał i vice - versa.  Był to wielkiej postury chłop, w stopniu starszego sierżanta, a najgorsze, że rudy. On od początku mojego zamieszkiwania w Miłakowie, czekał, że będę się przed nim płaszczył i mu wódkę stawiał, a ja udawałem, że go nie widzę. Zatarg z nim zaczął się od czasu ogólnodostępnej zabawy w ośrodku wypoczynkowym z okazji 22 Lipca. Będąc już mocno podpity przysnąłem na zapleczu sali tanecznej. Za jakiś czas obudziłem się, bo mi nad głową grało radio tranzystorowe. Myślałem, że to moje, gdyż identyczne miałem w swoim domku letniskowym.  Wstałem, radio pod pachę i marsz na kwaterę, a tu z bocznych drzwi wyskoczył rudy komendant posądzając mnie o kradzież. Był to jego fałszywy podstęp, zresztą kiedyś tak właśnie działała milicja obywatelska. Otrzeźwiałem, opieprzyłem go, wyzwałem od najgorszych i poszedłem spać. Ale on już zaczął wyrabiać mi opinię, kiedy mnie zobaczył lub była o mnie mowa, to zawsze opowiadał o tej mojej kradzieży– nikt mu jednaka nie wierzył. Teraz cieszył się, że ja nic nie załatwię. Przed wyjazdem „wykonałem” kilka telefonów, a w szczególności do głównego szefa w Zjednoczeniu w Łodzi.  Władze miasta Miłakowa załatwiły mi w dwa termos -lodówki świeżych, przednich ryb.          O świcie wyruszyłem bagażową Syrenką do Łodzi. W mieście Łodzi część ryb porozwoziłem do mieszkań, komu trzeba, zostawiłem trochę dla swoich znajomków i do hotelu – przebrałem się i w miasto, a miałem tu swoje układy, przecież ja tu studiowałem na Politechnice. Ja tu miałem i mam do dzisiejszego dnia serdecznego kolegę Andrzeja. Rano wstawiłem się, na umówioną godzinę w gabinecie zastępcy dyrektora ds. techniczno inwestycyjnych Zjednoczenia Przemyślu Lniarskiego, u którego w mig zostały pozatwierdzane wszystkie dokumenty związane z budową budynku mieszkalnego. Około godz. 12.00 wyjechaliśmy służbową Wołgą do Stolicy do Ministerstwa Przemysłu Lekkiego. Ja z przodu, obok kierowcy, Dyrektor z Naczelnikiem zajmującym się budownictwem z tylu. Rozmawiali tylko z sobą, mnie Dyrektor nie tolerował, a faktycznie to nie mógł ścierpieć przez fakt, że wszystkie sprawy załatwiałem z Naczelnym Dyrektorem Zjednoczenia, jego bezpośrednim przełożonym. Teraz również był na mnie wściekły, że temat był już omówiony w Warszawie, a on dowiadywał się o wszystkim na końcu. Trudno, ale Naczelny czuł sentyment do Szczytna, gdzie całe życie pracował, jako Naczelny Inżynier. W Ministerstwie, panowie ze Zjednoczenia kazali mi czekać na korytarzu, przed gabinetem Vice Ministra, zaś sami udali się na salony, mówiąc: -W razie niejasności poprosimy o wyjaśnienie tematu. Po około 20 minutach, Pan Minister wybiegł za swoją potrzebą, tam gdzie król chadza piechotą. Zobaczył mnie, że okupuję jego gabinet, więc krzyknął: -Co tu robisz, wejdź do sekretariatu, zaraz wracam! Za chwilę wrócił, wycałowaliśmy się, jak starzy przyjaciele. –Co załatwiasz? –Ja w tej samej sprawie, co ci panowie ze zjednoczenia, z Łodzi. Ich wyprosił do sekretariatu a ja z nim zostałem w gabinecie.  Kazał przynieść poczęstunek, kawę, potem koniak. Pogadaliśmy o pierdołach i na koniec poprosił swoich odpowiedzialnych pracowników, polecając im rozpocząć zadanie inwestycyjne bloku mieszkalnego- komunalnego przy zakładzie produkcyjnym w Miłakowie. Wszystko mi pozatwierdzał, śmiejąc się, że jest to zadanie wagi państwowej. Wychodząc pożegnaliśmy się w sekretariacie po bratersku na tak zwanego misia. Najciekawsze z tego wszystkiego, że u moich współtowarzyszy podróży, oczy mało nie wyskoczyły z orbit, a wsiadając do Wołgi pytali się mnie gdzie chcę spocząć, czy może z tyłu? W drodze powrotnej przeszliśmy na ty, podziękowali mi za ryby. W Łodzi zaliczyliśmy kilka restauracji. Dziś nie wiem, czy ktoś w Miłakowie wie lub pamięta, że ten blok wybudowany w latach 1982 - 85, to moja w części zasługa. Z Vice Ministrem przyjaźniłem się, bo pomagałem mu wybudować niedaleko Szczytna domek letniskowy, później nasze rodziny odwiedzały się. Teraz, niedawno dowiedziałem się, że nie żyje, szkoda, poczciwym był i sympatycznym człowiekiem, niejedną sprawę przeforsował dla „Lenpolu”, między innymi i w części dzięki niemu uruchomiona została przędzalni. Gdyby czasy się nie zmieniły i nie upadł przemysł lniarski, to w stu procentach wybudowana miała być tkalnia i wykańczalnia. Szczytno byłoby potentatem w produkcji lniarskiej. Teraz jesteśmy potentatem ale w produkcji bezrobocia.

       Przedsiębiorstwo ”Lenpol”, w najlepszych latach rozkwitu, zatrudniało prawie 2000 ludzi, produkowało różnego rodzaju płyty paździerzowe oraz przędzę lnianą, jako półwyrób dla zakładów tkackich, jak również  włókno lniane gorszego gatunku, nasiona lniane i inne produkty pochodzenia lnianego. Gdyby została wybudowana tkalnia i wykańczalnia, wówczas Szczytno przewyższyło by Żyrardów, który nie posiadał skupu lnu, odziarniania,  roszarni z basenami i suszarkami. Szczytno stało by się stolicą lnu na skalę światową, a teraz pozostały wspomnienia. Biurowiec przebudowany został na przychodnię „Elmed”, a przędzalnię wyeksploatowali Francuzi. Reszta została wyburzona i zagospodarowana na inne zakłady w strefie wolnocłowej. Czy to dobrze, czy źle, trudno mi oceniać, taka kolej rzeczy, przyszły nowe czasy, padły wszystkie zakłady państwowe. Również takie jak „Cegielski”, „Elmet”, „Calisia” , Pafawag, stocznie, browary, cały przemysł łódzki i wałbrzyski. Konkurencja zachodnia tylko na to czekała, a może i w tym pomagała. Na miejsce renomowanych, znanych w świecie polskich wyrobów wskoczyły i to momentalnie – wyroby zachodnie. Za „Polski len” weszły wyroby zachodnie, a w szczególności z tworzyw sztucznych. Dziś, wszędzie już widać chińszczyznę i towary z bloku wschodniego. Zakłady lniarskie były rozpowszechnione i rozsiane po całej Polsce, było ich w sumie 48. Naszych północnych był pięć plus baza nasienna w Łomży, gdzie produkowano nasiona lniane. Posiadaliśmy pięćdziesiąt cztery punkty skupu lnu, na naszej wykupionej ziemi, z pełnym wyposażeniem to jest z wagami i stałymi pomieszczeniami jak na laboratorium, pomieszczenie kierownika, odpoczynku itd. Najmilej wspominam Dyrektorów Naczelnych, Tadeusza D., który odszedł przedwcześnie, świetny fachowiec, dobry organizator pracy i nie zapomniany kolega.  Dyrektora Wacława F., który nauczył mnie młodego urzędnika, wielu dobrych sztuczek w zarządzaniu. Został przeniesiony do zakładu doświadczalnego do Stęszewa. Zamieszkał w Poznaniu. Niejeden raz go tam odwiedzałem, zawsze, gdy mnie zobaczył w progu krzyczał: -Święty duch pana Boga chwali, wchodź miły gościu, i faktycznie gościł mnie przyjaźnie. Pamiętam Inspekcję Robotniczo – Chłopską, która zarzuciła po kontroli kompleksowej, nam Dyrekcji, że na zakładowe wczasy nagminnie wyjeżdżają urzędnicy, natomiast nie korzystają z nich robotnicy! Dyrektor Tadeusz polecił mi, żebym ze swojego pionu wybrał fizycznego pracownika, którego żona również u nas pracuje, jako robotnica. Znalazłem zaufanego mojego murarza, żona była sprzątaczką w warsztatach, mieli dwoje dzieci. Problem! Nie chciał jechać do domu wczasowego „Orlen” w Karpaczu. Kilka razy go namawiałem, używałem różnych argumentów. Prośby i groźby, wszystko „psu na budę”. Proponowałem bezpłatny urlop, następnie płatny, bezzwrotną pożyczkę, darmowy przejazd mikrobusem itd. wszystko na nic. Uparł się, że nie i basta, mówiąc mi, że on ma codziennie wczasy w Szczytnie pod sklepem z piwem. Użyłem ostatniego przebicia, powiedziałem mu, że jeżeli mu się nie spodoba, to może natychmiast wracać. Pojechali jeszcze z jedną rodziną robotniczą z produkcji, naszym mikrobusem. W wirze pracy o wszystkim zapomniałem, po dwóch tygodniach wchodzi do mojego gabinetu uśmiechnięty wczasowicz i oznajmia: -Panie Dyrektorze, mogę jeszcze raz tam jechać i to od zaraz!  -A co ci się odmieniło? –Tam też piją i to od samego rana!!! Od tamtego czasu dużo robotników było chętnych na wyjazdy na wczasy pracownicze organizowane przez  Związki Zawodowe w ramach Funduszu Wczasów Pracowniczych. Zakłady lniarskie w całej Polsce miły własne ośrodki wypoczynkowe z pełnym zapleczem, od gór do morza, od jezior mazurskich do borów tucholskich. Nasze zakłady miały własny ośrodek wypoczynkowy przy zakładzie produkcyjny, nad jeziorem „Mildzie”. W pełni wyposażony, 43 wolnostojące domki letniskowe, świetlica, stołówka, molo, plaża, łódki, żaglówki, kajaki itd. Posiadaliśmy również mini ośrodek tak zwanego niedzielnego odpoczynku, we wsi Kobyłocha, nad jeziorem Sasek Wielki z jedenastoma wolno stojącymi domkami i pięcioma ustawionymi w szeregu. Posiłki dowożone były z naszej stołówki, która mieściła się na ulicy Pasymskiej, obecnie jest tam sklep meblowy. Między zakładami lniarskimi istniała wymiana miejsc wczasowych. Ja lubiłem jeździć w lato, nad morze, do ośrodka zakładów lniarskich z Koszalina na ul. Morskiej 41, a w zimę do międzyzakładowego domu wczasowego „Orlen” w Bierutowicach – Karpaczu, tuż u podnóża Śnieżki. Pierwszy raz gdy przyjechałem do tego ośrodka, recepcjonistka nie chciała  zameldować mojej rodziny, gdyż moja najmłodsza córka nie miała skończonych  3 lat. Uparła się, że takie przepisy i tylko Dyrektor Ośrodka może wyrazić zgodę, ale jest po 22.00 i ona nie wskaże jego apartamentu, gdzie on mieszka, taka z niej była służbistka. Po wielu pertraktacjach udałem się do jego mieszkania, zresztą tuż obok, w korytarzu. Obudziłem go, i co się okazało, był to mój dawny serdeczny kolega, z jednej ławki, z technikum w Gdańsku. Co to była za radość, dzieci poszły spać a my z żonami gadaliśmy przy flaszce do białego rana.  Otrzymałem najlepszy apartament, garaż na samochód i jeszcze wiele lat w zimę  jeździłem do „Orlenu” na wczasy. Po kilkunastu latach, będąc w pobliżu, odwiedziłem obiekt, nazwa zmieniona, dom w prywatnych rękach z udziałem środków zachodnich, o moim przyjacielu słuch zaginął – recepcjonistka nawet nie wiedziała, że kiedyś był to ośrodek zakładów lniarskich „Orlen”. Trudno, taka kolej rzeczy, niedługo i o szczycieńskim „Lenpolu” słuch zaginie, dobrze, że zostało nas jeszcze kilku weteranów, którzy powspominają dobre stare czasy: Wiesia, Wojtek , Mietek, Władysław, no i ja Leszek Mierzejewski.

                                                                           

Rozdział 6

URODZONY W MAJU, W NAJŁADNIEJSZYM MIESIĄCU.

 

W maju zakończyła się II wojna światowa, ja również urodziłem się w maju, ale rok później. Ujrzałem świat w samo południe, tak mi opowiada moja matka, która dziś ma 87 lat i jest troszeczkę starsza od mojej osoby, bo o 20 lat. Urodziła się 12 września 1926 roku. Pomimo, że ma szacowny wiek, dokładnie pamięta, że było to punktualnie o godzinie dwunastej, gdyż gdy wychodziłem z oporami na wolność, to na wieży kościelnej, na przeciw naszego budynku mieszkalnego na ul. Nowej nr 6 w Śniadowie - biły dzwony, wzywając wiernych na Anioł Pański. Ja twierdzę, że dzwony biły, ale na moją cześć, żeby Śniadowiacy cieszyli się z mojego przyjścia na świat, że wykluł się taki nie powtarzalny ludzki element i to w ich właśnie parafii. Trzysta metrów od kościoła, tuż pod nosem proboszcza ks. Antoniego Puchalskiego, który mnie, jako noworodka w tym samym dniu, pod wieczór poświęcił. Inaczej być nie mogło, bo mój dziadek Stach był wiernym katolikiem i zaufanym parafianinem. Tak prawdę powiedziawszy, to od powyższej części akapitu, powinienem rozpocząć tę książkę, wówczas byłaby ona ładna, składna i nie byłby to groch z kapustą. Okazuje się, że jednak zacząć naprawdę od początku jest niezwykle trudno. Powróćmy jednak do godziny 12.00 w dnia 20 maja 1946 roku, mniej więcej pierwszej rocznicy wyzwolenia. Ja tego nie pamiętam, i tego dnia, że był upalny i słoneczny, tylko wiem, że musiałem zaraz po naturalnym porodzie, być wykąpany przez babkę Wandę i gminną akuszerkę, a w następnej kolejności leżałem opatulony w gorącym beciku i ssałem smok wykonanym ze szmatki lnianej nasączonej cukrem. Smok bez przerwy wypadał mi z tłuściutkiej gęby, wówczas darłem się w niebo głosy, jak średniowieczny, krakowski obwoływacz wiadomości. Po kilku dniach dziadek Stach stwierdził, że będę śpiewakiem w chórze kościelnym, a ja na przekór jego przepowiedniom nigdy nie miałem talentu do śpiewu, jedynie w co mnie obdarzył Bóg, to w smykałkę do rysowania i malowania obrazów. Babka Wanda z domu Kuklińska a ze strony matki Kutyłowska, stwierdziła, że ja zostanę krawcem. To najpewniejszy fach - mówiła – robota w ciepełku, a ludzie w szytych na miarę ubraniach musza chodzić. Oj, jak się pomyliła, żebym został Chińczykiem, to by miała słuszność, teraz wszyscy w „chińszczyźnie” chodzą! Przez kilka kolejnych dni schodziła się rodzina Powichrowskich, Kuklińskich, Galińskich, Marczaków i innych, podziwiając mnie jaki to ja ładny, a jaki podobny do tatusia Tadka, który chodził jak paw nadęty.

 

W rodzinie mojego ojca, Bóg tak im darzył, że rodzili się chłopaki. U ojca Tadeusza Mierzejewskiego, ja Leszek a następnie siostra Elżbieta , u stryjka Mietka w Tobolicach koło Ostrołęki dwóch chłopaków Zbyszek i Sławek, u stryjka Heńka pierwsza córka Hanka, ale drugi w kolejności Wiesiek, u siostry Zochy ze Starej Miłosnej koło Warszawy pierwszy Janusz następnie Hanka, tylko u najmłodszego brata Staśka urodziła się jedna córka Dorota. Ród mojego ojca Mierzejewskiego wywodzi się ze wsi Tobolice tuż przy Ostrołęce. Kiedyś miejscowość ta nazywała się Kaczyny - Tobolice i podlega pod parafię Rzekuń, gdzie na miejscowym cmentarzu spoczywają prochy moich przodków. Dziwnie się tak złożyło, że i na tym cmentarzu leżą prochy proboszcza ze Śniadowa Antoniego Puchalskiego, tego przy którym się rodziłem, który mnie bierzmował i którego w rękę całowałem. Tylko moją babkę Wandę ze strony ojca, pamiętam jak przez mgłę, przypominam sobie, ze przeokropnie głośno chrapała, tak jak ja teraz, gdy śpię na wznak. Pochodziła ona z parafii Piski, z rodziny Chrostowskich. Rodzina Mierzejewskich, to gospodarze na swat. Gospodarzą na wielu, wielu hektarach urodzajnej ziemi. W dawnych czasach byliśmy szlachcicami, tak zapewniają starsi Mierzejewscy - twierdząc, że mieliśmy herb „KRUKI” – niech i tak zostanie. (powyższe zdjęcie ze zbiorów autora, z 1990 roku dokładnie z dnia 4 stycznia, zrobione na stypie po śmierci Tadeusza Mierzejewskiego. Stoją od lewej bracia stryjeczni Mierzejewscy: Leszek (autor), Janusz (Krajewski), Sławek, Zbyszek, i śp. Wiesiek)

 

Mając roczek, w 1947 roku, wraz z rodzicami przeprowadziłem się na ziemie odzyskane do Szczytna, gdzie ojciec z nakazu pracował, jako konduktor PKP, później awansował na Kierownika Pociągu. Powyższej przeprowadzkę rodzice ze mną nie uzgadniali, ponieważ jeszcze nie umiałem mówić, a po drugie był to nakaz z przymusu. Ojciec miał do wyboru; Szczytno, Olsztyn, Mikołajki, Giżycko lub Mrągowo. Wszyscy bracia wybierali jak najbliżej Ostrołęki, gdyż wówczas było przekonanie, a dodatkowo w „Wolnej Europie” pan Jeziorański wciąż nadawał, że ziemie te i tak zostaną zwrócone Niemcom. Od Szczytna było najbliżej do Śniadowa i już na dodatek, już tu pracował jego brat Heniek, jako Dyżurny Ruchu. W okresie, gdy mój ojciec był zatrudniony, jako konduktor na PKP, to rozpowszechnione było powiedzonko: -PŁAĆ KONDUKTOROWI POŁOWĘ, ale w przypadku, gdy złapany został pasażer jadący na gapę lub dogadujący się z konduktorem. Najmłodszy z braci ojca Stasiek, pracował w Olsztynie, gdyż tam była parowozownia, a ona był z zawodu maszynistą kolejowym. Lata najmłodsze zleciały mi dość szybko i beztrosko, przypominam z nich sobie te najgorsze strony z moich kart życia, bo zawsze, co najgorsze, jest najmilsze. Całe młode życie mieszkałem na ul.1-go Maja, w starym poniemieckim budynku nr 7, który miał i ma do dzisiejszego dnia swój zabytkowy styl, a przede wszystkim ma swój specyficzny zapach. W obecnych czasach III Rzeczpospolitej, nikt się nie martwi, że tak piękne kamienice na ulicy 1-go Maja popadają w ruinę. Tam gdzie posprzedawano na parterze mieszkania na lokale użytkowe, to nowi właściciele przeprowadzali remonty i pomalowali elewacje do pierwszego piętra. Reszta budynków, pożal się Boże, niech się martwią nowi właściciele, przeważnie starzy ludzie, którym emerytura starcza ledwie na przeżycie.

Gdy odwiedzam swoją matkę, to na drewnianych schodach widzę 9 letniego urwisa, jak z kromką chleba z marmoladą - biegnie, skacząc po trzy stopnie na raz. To ja Leszek, gdybym go zatrzymał i go zapytał, gdzie pędzisz? Usłyszałbym w biegu, odpowiedź: -Do Jurka, pograć w szmaciankę! Wchodząc do matki pomyślałem, czym różniło się nasze, dawne życie, spędzane wśród kamienic i powojennych rumowisk, od dzisiejszych, spędzanych pomiędzy blokowiskami nowoczesnej architektury, naszego miasta. Wszystkim się różnią, oprócz jednego, które mamy wspólne. Każdemu maluchowi należy się odpoczynek po prostu wakacje, po całorocznej nauce. Szczególnie tym, którzy z uporem walczyli o jak najlepsze stopnie na cenzurce. My w tamtych odległych latach, już na początku czerwca rozpoczynaliśmy letni odpoczynek, po prostu harce i wygłupy na naszej trawiastej plaży, tej właśnie która znów służy mieszkańcom Szczytna. Hitem wielu sezonów były dętki od kół samochodowych, na których pływaliśmy po czystych falach jeziora miejskiego nazywanego: „DOMOWYM DUŻYM”. Kto miał większą dętkę, ten był ważniejszy, pływał na niej jak paw nadęty. Zdarzały się nawet od tylnych kół traktorowych, będących pożądaniem niejednego chłopaka, bo i dziewczyny łase były na nich wspólnie popływać. Dziś to nawet na skuter wodny nie zerkną. Na początku lipca 2013 roku, z wnukiem, który miał 9 lat, wybrałem się zażyć kąpieli słonecznej na tej samej naszej plaży miejskiej. Niby wszystko tak jak przed pół wiekiem, jezioro w tym samym miejscu, prawie już, już przejrzyste. Ależ, co to za plaża! Sam piaseczek, jak w słynnym kurorcie w Sopocie. Z prawej strony molo, już z ratownikiem, z lewej plac zabaw z zjeżdżalnią dla dzieci. Przy plaży stoi karuzela, prawie jak na Bielanach. Z tyłu będą może w przyszłości ustawione wielkie plastykowe dinozaury. Wygodne i równe dojście, a wokół ścieżka rowerowa. Nawet ubikacje dla potrzebujących, ale tylko plażowiczów udostępniono. Kto z przechodniów jest w potrzebie musi się w mig do stroju plażowego rozebrać, żeby się spokojnie załatwić. Pamiętam, my biegaliśmy do fosy w krzaki, stając rozkrokiem na mokrych kamieniach, bo pod nimi było jak u mojego dziadka w wiejskim wychodku. Po jeziorze pływa już statek wycieczkowy i co raz huk przeogromny zrywa na nogi plażowiczów, to motorówki z nartami wodnymi. Pamiętam z moich młodych lat modny był dowcip, jak milicjant wygrał na loterii narty wodne. Nie był zadowolony z wygranej, gdyż stwierdził: -Gdzie ja teraz znajdę górkę na jeziorze. Kolega milicjant go pocieszył: -Nie martw się, w Janowie płynie wodospad! My wówczas pływaliśmy na wszystkim, co było nie zatapialne, bezpłatnie, bez ryku silników, ale ze śmiechem na ustach.

Leżąc na żółtym piasku, zastanawiałem się, czy moje lata, proste bez rozwiniętej techniki były lepsze i czy mam teraz wnuczkowi do pozazdroszczenia! -Dziadek! A dlaczego nie kąpałeś się przez tyle, tyle lat. –Gdybym się kąpał w tamtych latach, to zamiast skóry, miałbym zrogowacenie, takie jak mają dinozaury. Woda w latach 80 i 90 była niesamowicie zanieczyszczona przez pracujące zakłady lniarskie, mleczarnie, kombinat rolny. Dopiero w ostatnich latach, miejskie jeziora zostały gruntownie oczyszczane, zagospodarowywane, po prostu nabierają drugiego oddechu! Tak rozmyślając na gorącym piaseczku, w upalny południowy dzień, stwierdziłem, że na plaży w lipcu, w centrum Szczytna jest faktycznie pustawo, jest w trzy trzecie zapełniona. Starsze panie z wnuczkami lepią zamki i babki na piachu, mamusie z małymi dziećmi zażywają kąpieli, kilka szesnastolatek pręży swoje już opalone ciało, bardzo młodzi chłopcy grają w piłkę. Na molo tylko jedna młoda pani w kapeluszu opala swoje nogi, prawdopodobnie protegowana ratownika. A gdzie młodzież, która winna tu szaleć, jak za moich młodzieńczych lat.

Wróciliśmy na spóźniony obiad, i wówczas zobaczyłem ich, byli pomiędzy blokami. Oni tu właśnie spędzają czas wolny, na osiedlowej „betonowej plaży”, ledwie spoglądając na przybyszy z parkingu, ukradkiem popijając piwo. W zależności od warunków i atmosfery, jakie panują w domu, każdy z tych chłopaków i dziewczyn szuka rozrywki w tej właśnie „blokowej” grupie. Są oni zamknięci w sobie. Dobrze, że nie zaczepiają starszych ludzi, a w szczególności swoich sąsiadów. Żeby uzyskać uznanie wewnątrz swojej gromady, szacunek, zaimponować, nie odstępować od panujących zasad, nawet małolat z porządnego domu, będzie ze wszystkimi palił, pił i zażywał. Żal wówczas mi się ich zrobiło, że w tych dniach upałów, gdy żar leje się z nieba, zamiast robić wycieczki nad nasze okoliczne jeziora, lub „domowe duże” - smażą się na betonowej patelni. Wchodząc do nagrzanej klatki schodowej przypomniał mi się humor z lat, kiedy pracowałem w Zakładach Lniarskich „Lenpol”. Telefonuje zniecierpliwiony synek do ojca do pracy, gdyż chce jak najszybciej pojechać nad jezioro. –A co teraz , Tatusiu robisz? –Nic nie robię. –A kiedy skończysz? –Jak zwykle, o trzeciej!

 

 

Rozdział 7

ZAOCZNA ŚCIEŻKA EDUKACJI

Tylko trochę, ale mam żal do swoich rodziców, że niewłaściwie mnie ustawili na początkowej drodze edukacji. Do obcych opiekunów miałbym do dziś wielką pretensję, ale do swoich, nie mogę mieć animozji, bo w tamtych czasach, kto się zastanawiał o talencie syna, o predyspozycjach pierworodnego. Niejeden raz zastanawiam się, po jaki czort ojciec zawiózł mnie na egzamin wstępny do Zasadniczej Szkoły Budowy Okrętów w Gdańsku – Wrzeszczu na Al. Karola Marksa 41, jak kurę ze związanymi nogami na targ. Po jakiego diabła, potrzebna była mi ta budowa okrętów, ta stocznia, ta zawodówka? Przecież ja od dziecka miałem talent do plastyki, do rysowania, do malowania. Zamiast pchać mnie w tym kierunku, lub w jakimś pokrewnym, to na przekór losowi musiałem parać się całe życie zawodowe z techniką i matematyką.

Szkołę Podstawową nr 3 w Szczytnie ukończyłem w dniu 23 czerwca 1960 roku, na samych trójach. I tak dobrze, że ukończyłem w ustawowym czasie, gdyż część kadry pedagogicznej uparła się, żeby przetrzymać mnie jeszcze rok. Trzy tygodnie przed wakacjami, zostałem zawieszony w prawach ucznia i to aż na dwa tygodnie. Ja uważałem, że nie słusznie! Belfrowie, że i tak potraktowali mnie łagodnie!!! Wg mnie, to była błahostka. Byłem już po lekcjach, a nauczyciel z WF- u z innej klasy, polecił przynieś mi piłkę, która też nie potrzebnie, ale upadła przy moich nogach. Poszedłem swoja drogą, tylko trochę za głośno powiedziałem: -Pocałuj mnie w d…! Nic by się nie stało, gdybym moją wypowiedź powiedział o ton ciszej - tu tkwił mój błąd, że za głośno ten wyraz powiedziałem. Z nauki religii wszyscy w klasie 7 b, na cenzurce otrzymali bardzo dobry, tylko ja jedyny, stopień dobry. Jako ostatni miałem wręczane świadectwo, podszedłem do księdza, uśmiechnąłem się i podarłem papierek formatu A 4 na równe cztery części mówiąc: -Bóg zapłać! Ksiądz mi odpowiedział: -Niech cię diabeł prowadzi dalej. W wakacje spotkałem tego księdza, kazał przyjść mi po nowe świadectwo, z piątką! Nie poszedłem, uniosłem się honorem. Podarte skleiłem i mam, do dziś, na miłą pamiątkę.

Zasadniczą Szkołę Budowy Okrętów dla Pracujących Stoczni Gdańskiej (obecnie budynek mieści się przy Al. Gen. Józefa Hallera) - ukończyłem 29. 06. 1963 roku. Faktycznie do nazwy szkoły dodano „dla Pracujących”, żeby ostatni trzeci rok zaliczyć nam do stażu pracy. Gdy rozpoczynałem pracę w Stoczni Gdańskiej w dniu 1 września 1963 roku, to faktycznie już pracowałem rok i w świadectwie pracy mam jak wół napisane: od 01.09.1962 r. do 09.02.1967 r. Otrzymałem wówczas nr ewidencyjny 49015, to znaczy od powstania stoczni do 1962 roku przewinęło się prze kadry tyleż pracowników. Z trzech lat nauki zawodu pamiętam, że nauczyłem się oprócz technicznych spraw, perfekt podrabiać podpis dyrektora szkoły. Mieszkaliśmy w Bursie Szkolnictwa Zawodowego na ulicy Leczkowa nr 7. Żeby pojechać na kilka dni do domu, każdy uczeń musiał mieć zgodę na podaniu od dyrektora szkoły. Ja za odpowiednią opłatą, wyrażałem takową zgodę. Po długim okresie czasu, precedens wydał się – poszedłem w zaparte. Wyciągnięto wszystkie podania, uzbierała się tego góra. Dyrektor szkoły nie mógł na 100 % odróżnić: -które są prawdziwe, które zostały podrobione. Szalał, krzyczał, aż dał się na spokój i sprawa ucichła. Pamiętam również jak mieszkałem bursie na ul. Leczkowa. Najbardziej przykrym dla mnie incydentem był okres wspólnej wegetacji w jednym wieloosobowym pokoju, gdzie na wyposażeniu były same żelazne łóżka plus szafki nocne jak w powojennym szpitalu. Wówczas miałem 15 lat, do naszego kolegi z pokoju, przychodził kuzyn, 22 letni chłopach z wioski z pod Sokołowa Podlaskiego. Idealny burak, pracował w stoczni, mieszkał gdzieś na kwaterze stoczniowej. Od początku przyczepił się do mnie, zabierał mi wszystkie moje oszczędności. Jak wchodził, to kazał mi stawać do kąta lub klęczeć przy łóżku, po prostu robił takie wiejskie „popisy”. Ja nie miałem siły ani sprytu, żeby z nim wówczas wygrać. Byłem za mały w porównaniu z wielkim chłopem, który łapy miał jak bochenki chleba. Ale co tu gadać, zawsze tak się jakoś składało, że na moje nieszczęście byłem największy wśród swoich rówieśników. Na szczęście zawsze byłem najszybszy, no i najsilniejszy w każdej paczce, w jakiej się znajdowałem. Dlatego, ten wiejski osiłek wybrał mnie, bo cóż to byłby za zaszczyt wyładowywać się na jakiejś mizerocie? Kilka razy stawałem mu „okoniem”, ale on miał mięśnie wiejskiego parobka, jak u trzyletniego byczka. Za ambitny byłem żeby iść na skargę do wychowawcy. Kiedyś wszedł wychowawca, odpowiedziałem, że odmawiam pacierz, bo taką pokutę zadał mi ksiądz na spowiedzi. Wiele miesięcy później koledzy ostrzegali mnie o jego odwiedzinach, wówczas chowałem się w innych pokojach lub uciekałem do Wrzeszcza. W 1966 roku będąc na zawodach żużlowych w Gdańsku, zobaczyłem tego „wiejskiego buraka”, jak kibicował, zresztą jak my wszyscy - gdańskiemu mistrzowi żużla - Stanisławowi Kajserowi. Ja wówczas takich jak on, trzech śmiałobym załatwił. Wydoroślałem, okrzepłem, siły nabrałem. Trenowałem boks w GKS Wybrzeże, tylko ojciec mój przerwał mi karierę sportową. Niepotrzebnie, bojąc się o moje zdrowie, a ja już byłem Wicemistrzem Wybrzeża - juniorów. Jeden z moich kolegów poszedł po niego, ten nic nie przeczuwając zszedł trzy rzędy ławek niżej. Niby nie poznał mnie. Złapałem go za nos i skręcając do oporu zacząłem przypominać fakty z przed kilku lat. Udawał barana, że nic nie pamięta, posmarkał mi się w dłoń, którą wytarłem o jego marynarkę. Dopiero mój kumpel przywrócił mu pamięć dobrym szturchnięciem pod żebro. Zaczął mnie przepraszać, błagać o litość, ale ja od razu kazałem mu klęknąć na kolana pomiędzy ławkami, co natychmiast uczynił - identycznie jak ja przed wieloma laty. Zamierzałem jeszcze odebrać mu moje pieniądze, były to już dla mnie drobnica, ale dla zasady, porządek musi być. Nie zdążyłem, wyskoczył się jak z katapulty, uciekał pomiędzy ławkami jakby miał silnik odrzutowy w tylnej części ciała! Śmialiśmy się, że aż ludzie z bocznych rzędów nam uwagę zwracali. Więcej już tego buraka nie widziałem. Kolega z tamtych lat powiedział mi, że pracuje w stoczni północnej, ożenił się i ma dzieci. Mieszka na Przymorzu. Szkoda, bo chciałbym z nim wejść na przyjacielską ścieżkę i wypalić fajkę pokoju. Wiele razy byłem w tej stoczni, rozglądałem się za nim, nadaremnie, on mnie unikał jak ognia, bał się - niepotrzebnie.

Po zawodówce, od razu, w lato zdawałem egzamin do Technikum Budowy Okrętów, trzyletniego, dla pracujących. Pamiętam, że na ogłoszeniu wyników, Przewodniczący Komisji powiedział: -Pomimo, że pan Mierzejewski ma najmierniejsze oceny na świadectwie (ze szkoły zawodowej), to najwyższą uzyskał u nas notę! Trzy lata uczęszczałem do Technikum. Edukację zakończyłem 24 czerwca 1967 roku, gdy już trzy miesiące pracowałem w Szczytnie, ale bez zdawanej matury i prawa startowania na wyższe studia. Na szczęście pracując w przemyśle lniarskim, wśród mądrych kolegów, którzy nakłonili mnie do zdawania matury. Złożyłem podanie o wyrażenie zgody na ukończenie Technikum Mechanicznego w Olsztynie o specjalności: obróbka skrawanie. Na powyższe uzyskałem zgodę, z tym, że musiałem zaliczyć dwa dodatkowe przedmioty, których w Gdańsku nie było. Uczęszczałem rok i w dniu 15 czerwca 1968 roku zdałem maturę i obroniłem tytuł technika mechanika w zawodzie obróbka skrawaniem.

Po trzech latach pracy w Północnych zakładach przemysłu Lniarskiego „Lenpol” w Szczytnie, w 1970 roku, po zdaniu egzaminów wstępnych, wystartowałem na studia zaoczne Akademii Rolniczej w Poznaniu, na 5 letnim inżynierskim Wydziale Technologii Drewna. Trzy lata filia w Olsztynie przy WSR i dwa lata na AR w Poznaniu. Nie wiem jak innym, ale mi studia te poszły super łatwo, mile i przyjemnie. „Cholernie” dużo zawdzięczam pracy zawodowej w Dziale Głównego Mechanika, gdzie pracowałem pod okiem wysokiej klasy fachowców, od których nauczyłem się wszystkiego, co potrzebne było w życiu zawodowym inżyniera. Obok mechaników pracowali fachowcy z Działu Głównego Energetyka. Inżynier z tamtych latach, potrafił wszystko zrobić. Być fachowcem od techniki do organizacji produkcji. Potrafił nadzorować każdy remont maszyn jak i dyskutować z projektantami z biur projektów. W moich latach, żeby otrzymać tytuł inżyniera należało studiować pięć lat, a nie tak jak obecnie, nie obrażając nas system, po trzech latach wychodzą inżynierowie - którzy za wiele nie potrafią. Dopiero w przyszłej pracy okazuje się, że 80 % z nich wypada z obiegu. Pracując w Wydziale Inwestycji Urzędu Miejskiego w Szczytnie, przewinęło się przez nasz próg dziesiątki stażystów. Tylko jeden z nich był super, do dzisiejszego dnia pracuje w magistracie. Będąc dyrektorem zakładu gospodarki komunalnej, przetestowałem wielu inżynierów, wielu magistrów. Boże, zmiłuj się! Oni, co trzeba im przyznać, idealnie potrafią obsługiwać komputery, ale żeby samemu obliczyć jakiś zagadnienie, rozwiązać problem techniczny… Koniec świata. Reasumując powiem krótko, obecny inżynier, po trzyletniej edukacji, ma taki zasób wiadomości jak dawny technik po skończonym pięcioletnim stacjonarnym nauczaniu. Pamiętam i mile wspominam świetnych inżynierów z lat siedemdziesiątych z „Lenpolu”, którzy w dalszym ciągu rozwijali przemysł lniarski lub robili karierę w Polsce ewentualnie w Szczytnie: Janusz I, Mietek N, Wojtek W, Sławomir M, Eugeniusz B, śp. Bernard L., śp. Bogusław G. i wielu innych. Wielu świetnych techników radziło sobie bez problemu do samej emerytury, wielu pokończyło zaocznie studia i robiło karierę zawodową.

W 1972 roku zostałem wyróżniony srebrną odznaką Wydziału Technologii Drewna, za dobre wyniki w nauce.

 

W roku akademickim 1973/74 będąc studentem V roku uzyskałem ze wszystkich obowiązujących egzaminów, ocenę 4,5 – pamiętać należy, że wówczas najwyższa ocena była 5. Natomiast kończąc studia i uzyskując w 1975 roku tytuł inżyniera, uzyskałem średnia ocenę 4,2 z egzaminów na przestrzeni 5 lat, co było niepowtarzalnym wynikiem na studiach zaocznych. Dziekan Wydziału Technologii Drewna prof. Henryk Jakubowski, o niskiej posturze człowiek, w trakcie wręczania mi absolutorium, w arenie poznańskiej, rzekł mi, że by mnie ucałował z radością, ale musiałby podskoczyć. Ja mu na to, że go podsadzę, a on na to, żebym za wiele sobie nie pozwalał. Zresztą popatrzcie na poniższe zdjęcie z 1975 roku:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po trzech latach odpoczynku, w 1978 roku zachciało mi się następnej edukacji i to na Politechnice Łódzkiej, w Instytucie Budowy Maszyn i Urządzeń Włókienniczych, gdzie po dwóch latach uzyskałem specjalizację inżyniera budowy maszyn włókienniczych. Studia na Politechnice zakończyłem 28 czerwca 1980 roku z wynikiem dobrym. Na Politechnice kilka razy chciałem przechytrzyć profesorów, u których zdawałem egzaminy. Jeden z nich, przy pierwszym podejściu, średnio oblewał około 60% studentów. Pisemny, jako tako udało mi się zaliczyć. Trochę ściągałem, trochę wiedziałem, trochę kumpel mi podpowiedział i trójczynę oberwałem. Przyszedł termin ustnego i już nie mogłem liczyć na żaden „fartowski” sposób, czy na łut szczęścia, a szczególnie u tego egzaminującego. Wymyśliłem następujący sposób na zdanie egzaminu, bez konieczności wkuwania całości materiału. Po wejściu na egzamin powiedziałem wprost do pana profesora, że z jednym rozdziałem mam niesamowity problem. Chciałbym ten temat przedyskutować z panem profesorem. Wybrałem taki rozdział, który mi najlepiej leżał i którego tematykę wykułem na pamięć. Dyskutowaliśmy z profesorem jak naukowcy, byłem pewien, że egzamin mam zaliczony, a on mi po godzinie powiedział: -Tak mi się z panem miło dyskutuję, że spotkamy się za dwa tygodnie. I tak wybierałem następne rozdziały. Wszyscy już pozdawali, a ja wciąż chodziłem na egzamin – konsultacje. Przerobiliśmy wszystkie rozdziały, ja byłem wykuty już z całości „na blachę”. Na koniec otrzymałem zasłużona piątkę, a przy jej wpisie, profesor rzekł mi: -Ja od pierwszego spotkania wiedziałem o pana zamierzonym oszustwie.

Innym razem chciałem wziąć profesora na pochodzenie. Mianowicie dowiedziałem się przypadkowo od swojego kolegi z roku, że egzaminujący nas profesor pochodzi z okolic Łomży. Więc ja wymyśliłem (wg mnie) wspaniały, niezawodny sposób na zdanie, a faktycznie na uzyskanie wyższej oceny na karcie egzaminacyjnej. Po przekroczeniu progu i położeniu przed szanownym profesorem karty egzaminacyjnej i indeksu, rzekłem: -Panie profesorze, dziś może pójść mi trochę gorzej, jestem zmęczony, jechałem prawie całą noc, z Łomży – żeby zdążyć do pana profesora na egzamin. Profesor spojrzał na mnie, za chwile na indeks, poprosił o dowód osobisty i stwierdził, że ja pochodzę ze Śniadowa, wówczas prawie krzyknął: -Mój rodaku kochany, mój krajanie, ja pochodzę z Wierzbowa. To jest zaledwie 5 km od Śniadowa! Wstał, ucałował mnie, przeszliśmy na „ty”. Usta mu się z radości nie zamykały, opowiedział mi jak chodził do szkoły podstawowej w Śniadowie. Dzień w dzień, 5 kilometrów „zaiwaniał”, czy to w mróz, czy w upał, w deszcz i w pogodę. Później pięć lat uczył się w technikum w Łomży, mieszkając w internacie. Po maturze studiował na Politechnice Łódzkiej, no i kariera naukowa. Rodzina jego „bidna ale solidna” postawiła na syna, jednego z dwóch. Liczyła grosz do grosza, ale nie skąpiła złotówek na edukacje chłopaka. Na marginesie wspomnę, że dziadek mój dobrze znał całą rodzinę tego profesora. My z profesorem pogadaliśmy jak starzy, znajomi od lat krajanie, powspominaliśmy, wypiliśmy kawę i na zakończenie mój kolega „belfer” rzekł: -A teraz Leszeczku przepytam ciebie, z ciekawości, jaki masz zasób wiadomości? Będzie to rodzaj dyskusji, forma takiej polemiki pomiędzy kolegami Śniadowiakami, a nie surowy egzamin. Po godzinnym przepytywaniu, orzekł, że z całą odpowiedzialnością mógłby mi postawić trójkę, ale sumienie mu nie pozwala, żeby chłopak rodem ze Śniadowa nie zaliczy na minimum dobry. -No to do zobaczenia za dwa tygodnie -rzekł mój krajan. K….! Miałem dość krajanów, rodaków, kaw, ciasteczek i innych uprzejmości, chciałem tylko zaliczyć na trójczynę, a on się uparł na dobry. W końcu z rektoratu otrzymałem powiastkę o konieczności zdania karty egzaminacyjnej. Ta bumaga zmobilizowała mojego profesora, do zakończenia cyklicznego przepytywania, zaliczył mi na pięć, z tym, że ja go więcej już nie chciałem oglądać. Po kilku latach spotkaliśmy sie w czasie świąt wielkanocnych, przy kościele w Śniadowie. Wyściskaliśmy się jak starzy przyjaciele – uraz mój gdzieś poleciał w niebiosa.

W szkole średniej, na studiach – obojętnie czy to w edukacji stacjonarnej, wieczorowej czy też zaocznej ewentualnie w innym systemie nauczania, wszyscy ściągali. Jedni lepiej, drudzy gorzej – zdarzały się przypadki, że nie ściągali, ale to już byli frajerzy wyjątkowej klasy, tak zwani „kujony”, którzy naprawdę znali materiał super dobrze. Znałem takich ludzi jeszcze w Gdańsku, którzy patrzyli na mnie z wściekłością, bo ja na luzie zaliczałem bez problemu, a oni wkuwali nabawiając się nerwicy. A co to jest ta ściąga, inaczej mówiąc ściągawka, bryk? To nieformalny dokument, często podający w sposób skrócony podstawowe dane na jakiś tam temat, tworzony przez ucznia lub studenta. Było i nadal jest setki sposobów na ściąganie, każdy miał swój niby niezawodny sposób na „rżnięcie”. Jedni ściągali z długich wstęg papieru o szerokości 2 – 3 cm zapisanych drobnym maczkiem i złożonym w harmonijkę lub zwinięta w rulonik. Inni ściągali z przemyślnych konstrukcji, jak z kartek papieru zwiniętych na dwóch walcach. Zdarzały się też bardziej nietypowe ściągi, na przykład napisane na ręce, na kartce lub ławce, długopisem z tuszem widocznym tylko w świetle ultrafioletowym. Dziewczyny miały jeden z łatwiejszych sposobów na ściąganie, po prostu ściągi kładły pod przezroczyste pończochy, na uda. W czasie egzaminu, tekstu, klasówki czy kolokwia - podciągały luźną spódnicę lub sukienkę i ściągały ile dusza zapragnęła. W razie zagrożenia spódnica opadała i wszystko było OK. Ja w Poznaniu na Akademii, zawsze siadałem obok takiej ładnej studentki. W czasie egzaminów zerkałem na jej nogi. Kiedyś po pisemnych egzaminach, rzekła mi: -Mąż wyjechał, dzieciak u teściowej, zapraszam żebyś popatrzył na moje gołe, a nie w pończochach nogi. Pojechaliśmy do niej. W oknie światło się paliło, mąż wrócił z delegacji. Więc my szybko do hotelu i u mnie w pokoju pooglądałem nogi z przodu, miała zgrabne. Ja miałem swój wypróbowany (prosty) sposób na ściąganie, złożone ściągawki w harmonijkę trzymałem w kieszeni później przekładałem do dłoni. Wielu wykładowców twierdziło, że przygotowywanie ściąg, jest jedną z form przyswajania materiału i nawet specjalnie nie karało za ten precedens, ale większość ostro potępiała i zwalczała bryk, karząc najsurowszymi z kar, jakim było oblanie egzaminu.

Nie tak dawno, będąc już statecznym emerytem, wziąłem się za porządkowanie, układnie i jednoczesne chronologiczne wpinanie do teczki moich dotychczasowych świadectw. Boże! Ale tego się uzbierało, cała sterta, każdy papierek coś kiedyś znaczył, przedstawiał jakąś wartość, a teraz? A w przyszłości, co z tymi papierami moi potomkowie zrobią? Dyplomy ukończenia studiów wyższych, świadectwa ukończenia studiów podyplomowych, świadectwo czeladnicze i dyplom mistrzowski w zawodzie instalatorstwo sanitarne i ogrzewanie, uprawnienia budowlane w specjalności instalatorstwa sanitarnego, około 20 specjalistycznych kursów, niejednokrotnie trwających po kilka miesięcy, jak i kilka lat, kończących się państwowymi egzaminami. Gdy byłem już dojrzałym mężczyzną, na dyrektorskim stanowisku, w 1994 roku przechodziłem egzamin na myśliwego, odbywało się to w pomieszczeniach Zarządu Wojewódzkiego Polskiego Związku Łowieckiego w Olsztynie. Egzamin złożony był z trzech części: I - pisemny (wszyscy) na sali, II - z umiejętności strzelniczych – na strzelnicy Gutkowie i III ustny, pojedynczo przed komisją egzaminacyjną. Poszło mi super dobrze, zdałem bez problemu. Po wielu latach, napisałem humorystyczne, niniejsze opowiadanie, pt. „Wesoły egzamin”. Narysowałem dwa humory rysunkowe oraz poprzedziłem wszystko wstępem, że przewodniczący komisji egzaminacyjnej, uwielbiający zagadki, zapytał zdającą kandydatkę w czasie egzaminu na myśliwego: -Proszę powiedzieć, jaka jest różnica pomiędzy prezesem koła, łowczym koła, a tramwajem? -Pomiędzy nimi to nie ma żadnej różnicy, a pod tramwajem to jeszcze nie leżałam. A gdy miał wchodzić kolejny z kandydatów na egzamin, to w tajemnicy powiedział do składu komisji: -Koledzy, za chwile będzie zdawał u nas egzamin ustny, syn pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego, więc proszę was o pobłażliwość i wyrozumiałość. Sami rozumiecie jak to jest, ile towarzysz sekretarz może pomóc dla naszego Związku Łowieckiego. Jako przewodniczący komisji osobiście będę zadawał mu stosowne pytania. O już jest, witam serdecznie! Zna kolega kandydat zapewnie nasze przepisy, ale dla porządku powtórzę. Wylosowaną karteczkę z pytaniami proszę odłożyć do lamusa, zachowując ją dla wnuków na pamiątkę. Ja osobiście będę zadawał pytania, na odpowiedź ma kolega jedną minutę, pierwsza odpowiedź się liczy, z tym, że trzy razy kolega może się pomylić. Można ewentualnie prosić o powtórzenie każdego pytania lub prosić o pytanie zastępcze, ale tylko pięć razy. Będę miał dla kolegi kandydata pięć pytań. Żeby zdać egzamin, trzeba zebrać 60 punktów, to znaczy za dobrą odpowiedź uzyskuje się 15 punktów. Więc musi kolega odpowiedzieć na minimum 4 pytania. A jak tam samopoczucie? Zdający: -Jak na razie to wszystko dobrze, w razie czego, to tatuś prosił pana Przewodniczącego o telefon. Przewodniczący: -Spokojnie, proszę wygodnie usiąść, czuć się jak u siebie w domu, albo jak po polowaniu, przy ognisku z pieczoną kiełbaską. Zdający: -Trzeba się zachowywać na luzie, spokój jakby było po wszystkim? Przewodniczący: -O to właśnie chodzi! Czy możemy zaczynać? Zdający: -Nie mam innego wyjścia. Przewodniczący: -Pierwsze pytanie, tak zwane zerowe, dla rozluźnienia, które się nie liczy, a więc i nie zbyt trudne. Jak myśliwi nazywają zwierzę, które jest koloru złotego. Dla ułatwienia powiem, że zaczyna się na literę L. Jak kolega zgadnie, to otrzyma 15 punktów, przypominam, że jeżeli kolega nie odgadnie, to nic nie traci, gdyż jest to pytanie rozluźniające. Dla uspokojenia dodam, że posiada te zwierze tak zwaną kitę, no i te zwierze jest marzeniem każdej wytwornej damy. Jak się nazywa ten rudzielec? Spokojnie ma kolega czas. Zdający: -Zaraz, zaraz, mam na końcu języka, te paskudne nerwy, oj przecież to tak jak ten przedostatni miesiąc, przed grudniem, listopad….. Zaraz…. Zaraz, już wpadłem na trop przecież to lis! Lis! Przewodniczący: -Idealnie, zaliczył kolega, przyznajemy 15 punktów. A teraz „koty za płoty”, pierwsze liczące się pytanie, kolega kandydat zaliczył, więc przechodzimy do drugiego, które brzmi: Jak można inaczej nazwać kunę leśną? Zaznaczam, że jest to dość trudne pytanie i może kolega z niego zrezygnować. Zdający: -Proszę powtórzyć pytanie! Przewodniczący: -Powtarzam, inaczej kuna leśna? Zdający: - Proszę? I pod nosem, sam do siebie szeptem: O co mu chodzi? Ale wpadłem….. Nic z tego nie rozumiem…. Idealny ze mnie tuman…. Przewodniczący: - Jakie ostatnie powiedział kolega słowo, te na końcu….. Tumak! Słusznieeee! Strzał w dziesiątkę. Tak, właśnie myśliwi nazywają kunę leśną tumakiem. Zdobywa kolega następne 15 punktów. I już zgromadził nasz kolega 30 punktów. I drugie a faktycznie trzecie z kolei zadam pytanie: Jak naukowo nazywa się, albo potocznie nazywany szarak? Dla ułatwienia dodam, że zaczyna się ono na literę Zet, a nazwa jego składa się z pięciu liter. Najwięcej tych zwierzaków widzimy przed świętami Bożonarodzeniowymi, gdy zwisają z balkonów i okien celem skruszenia. Zdający: Ależ to proste, odpowiadam bez zastanowienia… Królik! Przewodniczący: -Po krótkiej naradzie komisja jednogłośnie postanowiła uznać odpowiedź kandydata, ponieważ królik należy do rodziny zającowatych i jest idealnie podobny do zająca, więc przyznajemy koledze następnych 15 punktów za poprawną odpowiedź. Teraz niech kolega odpocznie, a ja zarządzam przerwę dla rozluźnienia i napicia się herbaty lub kawy. Mamy czas na opowiedzenie sobie kilku kawałów myśliwskich, broń Boże politycznych. A mi na przekór przewodniczącemu przypomniał się kawał polityczny, z tamtych lat, jak pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego PZPR zadzwonił do Rektora wyższej uczelni, na której miał przyjemność studiować: -Towarzyszu Rektorze, na którym to ja aktualnie jestem roku studiów? –Na drugim, towarzyszu sekretarzu. –Oj! Opieszale to wam idzie, towarzyszu Rektorze! Po przerwie przewodniczący komisji zaproponował zdającemu już zakończyć egzamin ustny, uznając za wolą komisji – zdanie całości. Jednocześnie przewodniczący prywatnie poradził zdającemu, poza egzaminem jeszcze po odpowiadać. Komisja już doceniła i doceni kolegi dotychczasowe sukcesy, ale będzie trochę zawiedziona, jeśli kolega tak wcześnie zrezygnuje. Może jednak? Zdający: -Zgoda, mogę jeszcze odpowiadać ale już ponad plan i bez punktacji i na łatwe pytania. W innym przypadku rezygnuję i wychodzę!!! –Zgoda będą to łatwe pytania: -Samica jelenia nazywa się łania, a jak nazywa się samiec tego gatunku? Zdający: -Przecież to proste, nie trzeba tu strzelać, odpowiadam – jeleń. Przewodniczący: -Może koledze powtórzyć pytanie, gdyż kolega źle mnie zrozumiał? Zdający: -A co strzeliłem byka! Przewodniczący; Tak! Fantastycznie, pełna odpowiedź. Byk! Jest kolega na fali, więc zadaje następne pytanie; Jak nazywa się mąż sarny? Dla ułatwienia podpowiem, że gdy w małżeństwie żona zdradza męża, to koledzy nazywają go rogaczem. Zdający: - Nie jestem zupełnie pewien. Chwileczkę, czy mogę wymienić kilka nazw, gdyż nie chcę strzelać w ciemno! Przewodniczący: -Ależ proszę! Zdający: - Pierdoła, impotent, pantoflarz, ciepłe kluchy, potulny, pod obcasem! Przewodniczący: Już starczy, a rogacz nic koledze nie mówi ? Zdający: -O tak, miałem to na końcu języka, ale Pan mi przerwał wymienienie. Przewodniczący: -Idealnie, rogacz! Tak właśnie. Rogacz! Został kolega myśliwym. Brawo! Gratulacje! A teraz kilka słów prywatnie….. Proszę nam powiedzieć, od jak dawna kolega interesuje się łowiectwem? Zdający: -W życiu się nie interesowałem! Przewodniczący: -Nieprawdopodobne! Przecież tematyka nie ma dla kolegi tajemnic! Jak to się stało? Zdający: -Ano, dziś rano ojciec zmusił mnie do wstania, bo o godzinie 10.00 miałem właśnie ten egzamin wstępny na wyższą uczelnie. Przywiozła mnie tutaj osobista sekretarka tatusia. Przewodniczący: -Ależ to pomyłka, nie ten egzamin. Tu przeprowadzamy egzaminy na myśliwych, więc kolega też przy okazji został myśliwym, identycznie jak tatuś. A z rekrutacją na wyższą uczelnię nie ma problemu, rektor to mój kolega, zaraz do niego zadzwonię – tylko proszę nadmienić tatusiowi, że to ja wszystko pozałatwiałem, no i że u nas też gładko poszło. A jeszcze tak na zakończenie powiem koledze, że ja zdając egzamin wstępny na myśliwego, nie mogłem sobie (ze zdenerwowania) przypomnieć, jakie kolory sierści mają zwierzęta. Wybrnąłem mówiąc, że jak się rodzą, to są bez sierści różowe, kiedy dorosną to są brązowe, a kiedy umierają to są szare. Na to wiceprzewodniczący komisji aż krzyknął: -Ja wylosowałem trudne pytanie ornitologiczne z którego też wybrnąłem. Mianowicie komisja egzaminacyjna odsłoniła mi tylko nogi ptaka i kazała określić, co to za ptak na tym malunku? Nie mogłem się połapać. Gdy przewodniczący kazał mi podać dla formalności nazwisko, celem wstawienia pały, a tym samym oblania egzaminu, położyłem się na podłogę, podniosłem nogi do góry ( żeby zza stołu było je widać) i rzekłem: -Niech szanowna komisja zgadnie moje nazwisko!?. Wtem ożywił się, dotychczas cały czas drzemiący, ostatni przy stole członek komisji, mówiąc: -A mi zadano poza oficjalnymi pytaniami zagadkę, czy wiem, jaki jest najgroźniejszy nabój? Od razu odpowiedziałem, że dziewczyna. Komisja aż podskoczyła, ale ja ciągnąłem dalej myśl motywując, że jak wpadnie w oko, to serce zrani, wypróżni kieszenie i jeszcze bokiem wyjdzie. A mnie zapytano się na egzaminie wstępnym (powiedział pierwszy siedzący przy stole), czy potwierdzam, że na ptactwo wodne najmądrzejszy jest pies myśliwski rasy wyżeł. Zaprzeczyłem, co nie było po myśli komisji. Ale ja swoją prawdę mądrze umotywowałem, że mam sąsiada myśliwego, który właśnie ma takiej rasy psa i ciągle gra z nim w szachy. Według mojej opinii nie jest on taki mądry, bez przerwy przegrywa! Następny członek komisji przypomniał sobie, że on przed egzaminem wstępnym na myśliwego miał cholerne problemy z badaniami testowymi u psychiatry. Pamiętam gdy byłem pierwszy raz u niego, to narysował on mi trójkąty i pytał: -Co to jest? –Goła kobieta. Kazał mi przyjść za tydzień. Narysował trapez i zapytał się, co to jest? Odpowiedziałem, że goła kobieta. Za siedem dni narysował mi koło, odpowiedziałem: -Goła baba. -Panie kandydacie na myśliwego, pan nie tylko jest chory psychicznie, pan jest na dodatek erotomanem! –Ja erotomanem? A kto mi te wszystkie świństwa rysował? Musiałem zmienić psychiatrę. A ten po prawej stronie Przewodniczącego, że śmiechem na ustach przypomniał sobie, że już po pytaniach egzaminacyjnych opowiedział scenkę z życia wziętą: Wracaliśmy autobusem z polowania, ja, ojciec jako myśliwy i nasz AZOR. Stanęliśmy na pomoście koło takiej młodej damulki, która wycedziła na cały głos, żeby zabrać tego psa! Pchły mi po nogach chodzą. –AZOR! –wrzeszczy ojciec na cały autobus, wysiadamy! Ta pani ma pchły! Paniusia natychmiast wysiadła. Na to wszystko, ostatni członek komisji rzekł: -Ja nie miałem żadnych problemów z egzaminem, za moich czasów wszyscy kandydaci zdali egzaminy. Oj bym zapomniał, tylko jeden nie zdał, ale on jest teraz ministrem… Gdybym ja był w składzie tej komisji , to bym im opowiedział jak to ja byłem na egzaminie z rozpoznawania narządów zwierząt łownych, to kandydaci wkładali rękę do skrzynki i określali co to za wnętrzności. Pierwszy kandydat wkłada rękę w otwór, rozpoznaje nerkę i dostaje piątkę. Drugi grzebie i rozpoznaje serce – również dostaje piątkę. Trzeci rozpoznaje płuca. Wchodzi czwarty, grzebie i grzebie, nie może nic rozpoznać, w końcu mówi: -Kiełbasa! To nie możliwe! Proszę wyjąć! Kandydat wyjmuje ze skrzynki kiełbasę. Zakłopotani egzaminatorzy postanawiają postawić mu w końcu piątkę. Gdy zostali sami, zaczęli się siebie pytać: -Czym myśmy wczoraj tę wódkę zagryzali?

 

 

 

 

 

 

 

                                                                               Rozdział 8
                     PIĘĆ LAT FAJNEGO KACETU, CZYLI PIĘĆ LAT WE WRZESZCZU.

                                                                                   
   Do dnia dzisiejszego, gdy mam chandrę, paskudny dzień, to sięgam po „ PIĘĆ LAT KACETU” Stanisława Grzesiuka. Czytając jego relację z pobytu w niemieckich obozach koncentracyjnych w Dachau i najcięższych Mauthausen i Gusen, chcę mi się żyć. To, co on przeżył jest nie wyobrażalne. Założeniem autora było przedstawienie codziennego życia przeciętnego więźnia obozu koncentracyjnego. Przedstawił życie oczami „warszawskiego cwaniaka” i dlatego książkę czyta się pogodnie i bez stresu. Grzesiuk, jako więzień, szybko zrozumiał filozofię istnienia nazistowskich obozów koncentracyjnych, iż głównym ich celem była eksterminacja przez pracę.  Slogan „Arbeit macht frei” było tylko kamuflażem, mającym zmuszanie więźniów do wydajnej pracy, a za razem do wyniszczającej, doprowadzającej harówki, aż do śmierci. Przeżył dzięki swojemu warszawskiemu codziennemu humorowi, koleżeńskości, cwaniactwu, talentowi muzycznemu, no i ogólnie mówiąc wielkiemu fartowi - to jest szczęściu. Grzesiuk po tej książce napisał dwie następne, również moje ulubione lektury, które czytam do poduszki: „Boso, ale w ostrogach” i „Na marginesie życia”.        Zmarł przedwcześnie, w styczniu 1963 roku, po 45 latach burzliwego życia. Grób jego znajduje się na cmentarzu wojskowym na Powązkach w Warszawie. Ja swoją pracę w Stoczni Gdańskiej im. Lenina na ul. Doki nr 1, porównuję (troszeczkę) z pracą Grzesiuka w obozach koncentracyjnych. Miałem wówczas 17 lat i zacząłem pracować na najcięższym wydziale Stoczni, na wydziale budowy i montażu kadłubów okrętowych (K2). Huk, smród i nie miłosierne przeciągi. W lato upał, a w zimę  mróz - nie do opisania, bo robota na zewnątrz, czy to deszcz czy żar lał się z nieba, a my wśród blach. Po prostu katorga.  Stoczniowcy pracujący tam, to zahartowani, przeważnie wioskowi parobkowie, którzy przed przyjazdem do Gdańska pracowali, jako najemcy w gospodarstwach bogatych chłopów. Druga część z nich, wcześniej tyrała w PGR- rach,  jako robotnicy rolni.  W stoczni zasuwali na akord, przekraczając swoje normy, co było głupotą nie do opisania. Biurokraci od norm, zwani przez nas „Normo- wczyki”,  co jakiś czas ustalali nowe, coraz to wyśrubowane godziny. Ja im tłumaczyłem, że nie przekraczajcie swoich normo - godzin, tylko pracujcie, jeżeli już chcecie  w nadgodzinach.  Oni  te moje wywody w dupie mieli, tracąc na tym dwukrotnie. Tyrali, ale na swój sposób byli szczęśliwi, gdyż mieli przed sobą świetlaną przyszłość. Dotychczas tyrali w polu, w gnoju, jako najemcy u gospodarzy.  Bez jakiejkolwiek przyszłości. Ich jedyna wiejska rozrywka, to była sobotnia zabawa w remizie, raz na miesiąc. Spijali się i nic nie pamiętali. 
        Zabrałem kiedyś z sobą, na sobotnie tańce do restauracji „Pod Kominkiem”  we Wrzeszczu,  jednego z takich. Genek miał na imię, pochodził z wioski z Kociewia na Kaszubach, porządnym i uczciwym był „wiejskim chłopkiem roztropkiem’’ – jak go nazwałem. Kupowałem od niego godziny nadliczbowe. Miałem,  więc u niego dług wdzięczności.  Gdy nie pracował w nadgodzinach, to soboty i niedziele wegetował na kwaterze stoczniowej             w Oliwie. Kazałem mu się ładnie ubrać, ogolić, ostrzyć i poszliśmy na balety. Popatrzyłem na niego krytycznym okiem, w cywilnych ciuchach - przystojny był, dobrze zbudowany, ładne miał rysy, tylko te jego wyjściowe ubranie, pożal się Boże, wystroił się jak stróż w Boże Ciało.     A na dodatek „waniało” od niego, jak od krów, w chlewie u mojego dziadka w Śniadowie, gdy jeździłem tam jako młody chłopak na wakacje.  Wkurzyłem się, więc go grzecznie pytam:                        - Co od cienie tak śmierdzi, nie mogłeś się wykąpać? -Kąpałem się, to ten „ancug” zaiwania!  Dopóty dopóki przyszło moje towarzystwo, my we dwóch, natychmiast pojechaliśmy do mnie taryfą. Postój taksówek był obok. Dałem mu świeżą koszulę, spodnie „Lee” i do tego bluzę dżinsową – marynarkową. Wyglądał jak facet z plakatu. Popatrzył na siebie w lustrze i rzekł tak jakoś, gwarą kaszubską: -Job jego mać, ale by się u nas posrali, jak by na mnie zerknęli!  Buksy i inne przyodziewki jak ulał, tom już ja nie ten fleja. Tylko buty miał okropne, trudno – butów, żony i samochodu się nie pożycza. Jego ciuchy zwinęliśmy i do ulicznego kosza wwaliliśmy. Wróciliśmy do lokalu, a moi się pytają:  -A gdzie jest, ten zapowiadany ćwok ze wsi! Zrobiło nam się głupio, przedstawiłem im za jego zgodą, całą historię Gienka. Był mile przez nas goszczony i czuł się jak pączek w maśle, tylko nie umiał się pomiędzy nami znaleźć. Nie umiał tańczyć i z nami rozmawiać, gdyż on nigdzie nie chodził, tylko tyrał i tyrał na iokrągło, dosłownie jak wół w polu. Za koszulę i komplet dżinsów zapłacił mi, co do grosza, gdyż zarabiał wówczas dużo kasy.
 Za jakiś czas dowiedziałem się, że Gienek uczęszcza na kurs tańca towarzyskiego w klubie stoczniowym. Poszedłem do niego porozmawiać, a on mnie Orła zaczął uświadamiać, że ja też z nim mogę chodzić na kurs polszczyzny to jest poprawnej mowy polskiej, gdyż mówię nie poprawnie, zaciągam gwarą podwórkową i mam mały zasób słów. Ponadto oznajmił mi, że już nie może odsprzedawać mi godzin akordowych, gdyż ledwo, ledwo wyrabia dla siebie. Popołudnia ma zajęte, chodzi na kurs: „Nowoczesnego tańca i poprawnej mowy polskiej”. Wkurzyłem się na niego, pokazałem mu palcem na czoło, mówiąc: -Z zająca jeszcze nikt lwa nie uczynił, a żaden wróbel nie będzie orła pouczał - i odszedłem. 
Z pół roku go nie widziałem. Pewnego dnia, on mnie odszukał na wydziale S5, to już nie był Gienek, tylko PAN EUGENIUSZ. To nie był już wróbel, to był już prawdziwy sokół. Elegancko się wysławiający i śmiało mówiący.  -Leszek! Zapraszam Ciebie, za to, żeś mi oczy otworzył, że już wiem na czym polega życie!   –Zapraszam ciebie w sobotę na popijawę do „Cristalu”. On przyszedł solo, ja przyszedłem z moim, całym towarzystwem.  Z początku nasze dziewczyny nie tańczyły z nim, pamiętając go z pierwszego spotkania.   On prosił „towar” z sąsiednich stolików. Super dobrze już tańczył. Oglądały się za nim wszystkie obce partnerki. Ładnie już był ubrany, przystojny, śniady - na głowie czarne krucze, kręcone włosy. Zęby bialutkie jak u murzyna. Gdy zagrali białe tango, to aż dwie z innego towarzystwa przybiegły go prosić do tańca. Nasza blondynka, Jola, bardzo ładna i zadziorna dziewczyna, aż podskoczyła na krześle: -Stop! Teraz Jola prosi serdecznie do tanga. I poszli w tany. I było na co popatrzeć, jak oni pięknie  się ruszali. Od tamtego tańca już wszystkie pląsania Genek wirował z Jolą. To była miłość od pierwszego tanga, przepraszam pierwszego spojrzenia. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale spotkałem Jolę pod stocznią, przy głównej bramie, czekała na Gienka, zakochana i wniebowzięta. Powiedziała mi, że we wrześniu Gienek idzie do technikum, uczyć się zaocznie, a już nie długo zmienia pracę. Ojciec jej załatwił dla niego dobrą posadę na holownikach. Gdy już mieszkałem kilka miesięcy w Szczytnie, otrzymałem zaproszenie na ich ślub. Żenili się w czerwcu 1967 roku. Ślub kościelny odbywał się w jego rodzinnej miejscowości, gdzie mieszkała jego matka i brat z rodziną na tych właśnie Kociewiach, niedaleko Osieka. Przepiękne okolice. Tam brali ślub kościelny, gdyż ojciec panny młodej pracował w aparacie partyjnym (PZPR). W ceremonii zaślubin brali udział tylko goście ze strony młodego  i  najbliższa rodzina Joli.  Nocowaliśmy w chałupach rodziny Gienka. Było skromne, ale fajne przyjęcie. Prawdopodobnie wszystkie wydatki inwestowała bogata rodzina Jolki. Na drugi dzień wszyscy pojechaliśmy autokarem do Gdańska, gdzie odbył się oficjalny ślub cywilny. Przyjęcie odbyło się w restauracji „Cristal”, gdzie moja młodsza córka po przeszło trzydziestu latach, też miała przyjęcie weselne, ale jak już w innej scenerii. Po przetańczonej i upojnej nocy, przyjezdni pojechali nocować do hotelu, dla towarzyszy partyjnych. Ojciec Joli załatwił całe pierwsze piętro – ja nawet nie wiedziałem, że coś takiego istnieje w Gdańsku. Po przewrocie, w 1993 lub 1994 roku młodzi wyjechali do Szwecji na wycieczkę, tam zostali. Ze Szwecji polecieli do USA i tam do dzisiejszego dnia mieszkają. Ja utrzymywałem z nimi sporadyczne kontakty, do dnia wyjazdu. Teraz nic nie wiem, jedyną powyższą szczątkową wiadomość przekazał mi, nasz wspólny znajomy z Wrzeszcza.
    Powracając do harówki w stoczni gdańskiej, również żony ciężko procujących robotników, zaiwaniały przeważnie, jako sprzątaczki, kucharki a nawet część z nich pracowała na produkcji. Wszyscy poubierani w kufajkach, w gumo – filce i w czapki z nausznikami, a na to kaski ochronne, jak w sowieckim wojsku, pod sznurek. W mrozy aż para z nich buchała. Większość czekała na mieszkania z budownictwa stoczniowego, a tak mieszkali w hotelach robotniczych lub w wynajętych przez stocznię kwaterach. Mnie od początku, w stoczni nazywali „Lewus” i do końca swojej kariery stoczniowca, pozostała mi ta ksywa. Z początku nikt ze mną nie chciał w parze lub w trójkę pracować, gdyż ja nie wyrabiałem normy akordowej lub tygodniami przebywałem na zwolnieniach lekarskich. Pracowało się wówczas w systemie trójkowym lub dwójkowym.  Zwolnić mnie nie mogli, gdyż wówczas w PRL każdy musiał pracować. Przenieść też nie mieli mnie do kąt, bo był to już najgorszy z najpodlejszych wydziałów. Więc tolerowali mnie, a  z biegiem czasu   polubili, bo przynosiłem co pewien czas, dla mistrza, dla brygadzisty - jakąś zagraniczną wódkę. Chłopaki z brygady otrzymywali ciuchy pochodzenia zachodniego. Później, gdy już okrzepłem, to kupowałem sobie godziny akordowe i chodziłem do ciepłego kantorka spać. Moja dwójka zaiwaniała za siebie, za mnie, pod  koniec miesiąca otrzymywała godziny i to z nawiązką. Do tego dorzucałem im alkohol plus trochę ciuchów, więc byli wniebowzięci i mnie poklepywali mówiąc: -Leszek, tylko nie opuszczaj naszej dwójki, gdyż nasza brygada trójkowa w niedługim czasie otrzyma miano: „socjalistycznej”! Nie parałem się ciężką pracą, ciuchy moje były czyste jak z pod igły. Niektórych to bulwersowało, ale ja miałem swoją stałą odpowiedź: -Komunistów nie będę dorabiał. Zresztą miałem już swój rozum i umiałem liczyć. Stoczniowiec w akordzie, na wydziale K2, zapieprzając jak wół, przez miesiąc mógł zarobić z nadgodzinami do 1800, maksimum do 2000 złotych. Ja bez wysiłku, handlując ciuchami, przeważnie dżinsami zarabiałem tygodniowo w najgorszym układzie 2000 zł.  Pamiętam któregoś dnia, szukał mnie kierownik zmiany, i to w czasie, gdy smacznie spałem w kantorku na styropianie. Zgłosiłem się do niego.  On mi dość grzecznie mówi, że ma sprawę, nazywając mnie panie Lewus. Ja na to, że się nazywam Mierzejewski. On, że był święcie przekonany, że Lewus, bo mu przekazano, że tylko Lewus Leszek może mu załatwić zagraniczny ciuch dla narzeczonej      - na prezent imieninowy. Był to młody inżynier, taki ciapciak,  co nic nie potrafił z cwaniactwa, ale za to był bardzo uprzejmy i szanował nas robotników. Robotnicy też go poważali.  Za parę dni przyniosłem mu przepiękną francuską sukienkę – wciskał mi na siłę pieniądze, ja nie wziąłem od niego ani grosza. Był moim kolegą do końca pracy w stoczni. Któregoś dnia idąc zauważyłem go jak szedł do Dyrekcji. Biały kask, zielony fartuch, a spodnie pożal się Boże, nogawki pogniecione jak u chłopaka od pędzenia krów, w Śniadowie nazywali takich pastuchami!  Ja w tym okresie, już pracowałem na wydziale silnikowym S5. Na drugi dzień zaniosłem mu oryginalne dżinsy marki Wrangler.  Dla niego,  to był szyk, to była moda z najwyższej pułki, gdyż w gdyńskiej Baltonie wybrańcy mogli kupić za dolary spodnie marki „Super Ryfle”. Wranglery nosili cinkciarze i tacy jak ja. Boże jak on się ucieszył.  Gdy brał ślub, to ja byłem zaproszony do Katedry Oliwskiej i na przyjęcie weselne. 
Pomimo, że byłem lewusem i obibokiem, pamiętałem, że trzeba było się uczyć, po prostu piąć się do góry w myśl powiedzenia: -Ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz, a nieraz dodawałem: -Ucz się ucz a garb ci sam wyrośnie…  Gdy coś nie rozumiałem z  wiedzy edukacyjnej, lub brałem się za przygotowanie do egzaminów,     to mój znajomy, wiele czasu poświęcał na tłumaczenie mi, wyjaśnianie, praktyczne pokazywanie. Podziwiałem go, miał nieskończony zasób wiadomości, skończył Politechnikę Gdańską. Pracując w Stoczni Gdańskiej zrobił doktorat i wrócił  w 1968 roku na uczelnię.
    W między czasie opowiem jak można było zarobić szybki grosz, bez znacznego wysiłku.  Nie pomyślałem wówczas, że kiedyś tam, w przyszłości będę na Mazurach myśliwym, nie miałem pojęcia o synonimach w języku łowieckim. Na przykład zwrot wracać z pustymi torbami, nas młodych budrysów nie dotyczył.   W przeciwieństwie do bardziej precyzyjnego pod tym względem synonimu: „wracać z czystymi lufami i workami załadowanymi po brzegi szarakami”. Teraz wspominając ten precedens, uważam ,  że można wyrazić całą tą historię w dwóch ironicznych i prawdziwych słowach: nielegalni miejscy kłusownicy.  Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, prawie we wszystkich oknach począwszy od pierwszego piętra wisiały zające, już skruszałe i zamrożone. Jeden z moich kolegów wymyślił łatwy zarobek na tych szarakach. Stwierdził, że wystarczy przeciąć sznurek i podnieść z ziemi łatwą zdobycz. Dziś jest to szanowany profesor na Politechnice. Drugi z naszej czwórki przyniósł składaną bambusową wędkę (nowość w tamtych czasach)  do której na czubku z trudem umocowaliśmy brzytwę. O godz. 24.00 poszliśmy na „polowanie”. Scenariusz  był bardzo prosty. Podejście pod okno w najciemniejszej części budynku, przecięcie sznurka brzytwą i załadunek zająca do worka. Do godziny 5.00 „upolowaliśmy” coś około 150 zajęcy. O godz. 6.00 wyjazd na rynek do Gdyni z połową zajęcy. Na rynku, dwóch najstarszych sprzedawało, dwóch donosiło zające. Ja jako najmłodszy zawsze miałem podrzędną role, najpierw stałem na czatach, później donosiłem towar,  gdyż zawsze przy sprzedających był jeden , najwyżej dwa szaraki. Dwukrotnie kontrolowała ich Milicja z ORMO- wcami, wszystko było OK. W międzyczasie dowieźliśmy resztę zajęcy. Szły jak świeże bułki, od 20 zł w górę, w zależności od wielkości sztuki.   O godz. 14.00 wszystko było sprzedane, zarobiliśmy prawie  4000 zł. Średnia płaca w Stoczni Gdańskiej wynosiła 1100-1200 zł. Za wypożyczenie samochodu dostawczego musieliśmy odpalić dla brata jednego z naszych 300 zł.   A co się działo w dzielnicy!  Szum, rwetes, awantura na „ cztery fajerki. Milicja robiła rewizję prawie u każdego młodego chłopaka . My byliśmy czyści jak łza, nawet nie zostawiliśmy dla siebie po zającu. Tylko ja i kolega profesor zostaliśmy prawdziwymi nemrodami. W 1996 roku byłem w jego gdańskim kole na polowaniu zbiorowym na zające, polowaliśmy na ziemiach kaszubskich, strzeliłem 12 długouchych. Powróćmy do teraźniejszości, do obecnych lat,  gdy już przed Świętami Bożego  Narodzenia nie wiszą nagminnie w oknach zające do skruszenia, a koła łowieckie ograniczyły polowania na te sympatyczne zwierzątka.  Wszyscy pragną żeby znów stanowił on element polnego krajobrazu. Przykro jest,  gdy jesienią czy zimą, pola są puste, nie wystarczy kilkukilometrowy spacer, nawet tuż przy wsi, aby z kotlinki wystraszyć chociaż jednego szaraka i patrzeć jak biegnie, czasem przysiadając, aby osłuchać okolicę swoimi długimi słuchami.  Nie wyobrażam sobie, żeby na dłuższą metę zająca zabrakło na naszych stołach. Jest nieodłącznym obowiązkowym składnikiem polskiej kuchni.   Zając z buraczkami, pasztet z zająca to przysmak moich młodzieńczych lat, kojarzący się z okresem bożonarodzeniowym. Również mam nadzieję, że dożyję jeszcze typowych polowań na zające, po grudzie , po odnowie gdy lekki śnieżek przykryje pola. Polowania zajęcze mają swój  specyficzny urok,  są najbardziej widowiskowe.   Miałem przyjemność bywać na takich polowaniach, kilkanaście lat temu w kole „Świt” Pasym, w kole „Żbik” Szczytno, w kołach na Kurpiach i na Kaszubach no i w kole „Sokół”  Szczytno.  Przy dobrej pogodzie i po białej stopie widać całą linię myśliwych i wszystko, co się dzieje w miocie, każdego ruszonego kot. Wszystkie pudła oglądane przez polujących, każda fuszerka, każde wykroczenie przeciwko regulaminowi jest na miejscu i głośno komentowane. Zakończone pędzenie dostarcza tematu prześmiewcom i złośliwcom, a pechowców zmusza do jak najbardziej przekonywującego, aczkolwiek zawsze niewiarygodnie uzasadniania pudeł. Stojąc na swoim stanowisku, czujesz się jak na niemym filmie: pełny bieg szaraka, potem koziołkowanie, za sekundę słyszysz strzał.  No cóż – życie jest życiem. Nie jest źle, ostatnio widzimy coraz więcej zajęcy na polach w Stankowie. Przy mojej ulubionej  ambonie na łące  wychodzą trzy zające, niedługo będą biegały młode szaraczki. Święty Hubercie spraw, żeby ich lisy, zdziczałe psy lub koty nie powyżerały. Wówczas za parę lat w kole „Ryś” Dźwierzuty będziemy polowali zbiorowo na zające!

Poniższe zdjęcie zostało zrobione w grudniu 1964 roku, na rogu Al. Grunwaldzkiej i ul. R. Dmowskiego we Wrzeszczu. Pamiętam dokładnie ten moment.  Ja z kolegą, który klęczy obok mnie po prawej, szliśmy do klubu „Ster”. Starsi chłopacy z Wrzeszcza od rana opijali powrót z rejsu jednego z nich (marynarza). Stoi drugi od prawej. Fotograf z obocznego zakładu robił im pamiątkowe zdjęcie, zobaczyli mnie i przywołali do wspólnej pamiątkowej fotki. Ja klęczę po lewej, miałem wówczas 18 lat i życie przed sobą. Znałem ich wszystkich, ale najbardziej lubiłem Janka Mułę, tego drugiego z lewej strony. Jestem ciekaw, co z nimi, czy zyja i co porabiają? Jasiu Muła jakby żył, to by liczył z 85 lat, chciałbym go spotkać i powspominać o przeszłości.

 

            Gdy byłem młodym chłopakiem z WRZESZCZA, to najkorzystniej wychodziło się na handlu dżinsami, które  wówczas były towarem deficytowym. W hurcie kupowaliśmy je w „Baltonie” w Gdyni, lub od ustawionych polskich marynarzy ewentualnie od zagranicznych, ale ci sprzedawali je w mniejszej ilości, za to po korzystniejszej cenie. Dżinsy w detalu sprzedawane były w sklepie dla marynarzy lub dla ludzi pracujących za granicą, za 5 dolarów od sztuki. My w hurcie najekonomiczniej kupowaliśmy od handlujących marynarzy pływających w PLO, lub  od rybaków dalekomorskich, za 4 dolary od sztuki. Odebrane dżinsy woziliśmy do odbiorców to jest sklepikarzy.  Dziś się mówi do butików w Ciechanowie, w Iławie, do Warszawy, do Ostrołęki. Najdalej ustawionego odbiorcę mieliśmy w Radomiu. Nigdy nie jeździliśmy autobusami, prywatnymi samochodami, tylko pociągami PKP. Drugą klasą, przebrani za chłopków – roztropków. Dziś mówi się za „buraków”. Ja  na głowie nosiłem taki śmieszny beret z antenką. Nikt nie zdołałby zeznać nawet pod przysięgą, jakiego ja miałem koloru ówczesne przykrycie głowy. Barwa jego już była wypłowiała, podchodziła pod czarno – szaro –brązową. Gorzej było z jego kształtem: typowo powojenny, fantazyjny, zawadiacki i niezmiernie trudny do opisania. Beret wiele razy naciągałem na głowę, w rozmaitsze strony, że przypominał teraz model wulkanu, który nosiłem z miną niedbałą i swobodną, ale były to tylko pozory – nakrycie stanowiło najlepszy kamuflaż. Jeżeli chodzi o resztę, to strój mój nie wyróżniał się niczym szczególnym jak na te czasy! Ot, jak bym przyjechał prosto ze wsi zabitej deskami,  a nie  z miasta Gdańska - Wrzeszcza. Marynarka wełniana - jakby przedwojenna, czerwona w kratkę, zdradzała oznaki pewnego zaniedbania. Jedna klapa kołnierza przypięta był agrafką, druga odgięta w przeciwną stronę. W miejscu trzech guzików, tkwił tylko jeden, w pozostałych zwisały strzępy nitek. Koszula! Pożal się Boże, pomięta jakby ją ktoś prosto z  pod materaca wyciągnął. Kolor nie grający z marynarką, bo zielona. Spodnie z mankietami, przykrótkie, nigdy nieświadczące żelazka. Mocno przyćmiony blask półbutów nie świadczył o starannym ich pastowaniu i polerowaniu. Na pierwszy rzut oka wyglądałem na przygłupka. Jedynie, co nie ulegało wątpliwości, że byłem pachnący, ostrzyżony i ogolony. Paznokcie i skórki zawsze miałem u rąk równo poobcinane. Ciuchy me były czyste, jakby prosto od krawca przyniesione. Dużo, dużo później Grażyna mi zdradziła, że one na korytarzu mocno się zastanawiały: Taki jełop, a czysty i pachnący. Musi w rękawiczkach na roli tyrać, bo rączki ma jak noworodek!  Dżinsy, nie więcej niż po 50 sztuk,  woziliśmy w kartonie, zawiązanym sznurkiem. Gdy ktoś mnie pytał z kąt lub dokąd jadę, odpowiadałem: -Ano na urlop, na wieś, pomóc przy żniwach. Gdy była zima, to mówiłem, że jadę odpocząć po znojnej pracy w stoczni. W tamtych czasach było wiele kontroli. Na szczęście mnie i mojego bagażu nigdy nie kontrolowali. Komu by się chciało rozcinać tyle poplątanych i powiązanych sznurów. Zachowałem w pamięci następujące wagonowe zdarzenie.  Ja przebrany w swoje ciuchy, z miną wiejskiego półgłupka, siedziałem w przedziale klasy drugiej, obok mnie, na ławce leżał karton powiązany sznurkami. Jechałem do Radomia z przesiadką w Warszawie. Naprzeciw mnie, na dworcu w Gdańsku, usiadły trzy przepięknej urody, młode dziewczyny. Jak się zorientowałem z ich rozmowy, to były studentki jadące do Stolicy.  Jedna z nich z przesiadką w stolicy i dalej do Radomia. Nie chciały ze mną rozmawiać, tylko na początku zapytały: -A dokąd to pan się wypuszcza? Odpowiedziałem grzecznie, że na urlop do rodzicieli, na wieś za Radom. Co jakiś czas wychodziły na korytarz zapalić papierosa. Zauważyłem, że paliły wówczas trochę lepsze papierosy, bo Giewonty. Ja wychodziłem za nimi i częstowałem je Camelami. Nie chciały ani być poczęstowane ani ze mną nawiązać dialogu. Trudno, taka kolej rzeczy, jednak szata zdobiła w tamtych latach człowieka. W Warszawie drogi nasze rozeszły się. Na dworcu zachodnim wsiadłem do pociągu na Radom, tłok był niesamowity, stałem na jednej nodze, później usiadłem na moim tobołku. Smród, brud i ubóstwo było wówczas na porządku dziennym w pociągach. Zobaczyłem konduktora, który za paczkę papierosów „CAMEL” zabrał mnie do wydzielonego przedziału. Siedziało nas tam trzy osoby. Luz, bluz i wygoda – dochodziła godzina 24.00, więc pomyślałem, że idealnie sobie pośpię i na rano będę w Radomiu. Wyszedłem zapalić na korytarz i zobaczyłem w tłoku studentkę jadącą do Radomia. Przywołałem ją do siebie i wytłumaczyłem jej w czym rzecz, była uszczęśliwiona. Siedziała wygodnie, a nie stała ściśnięta w tłumnie. Konduktor doprowadził jeszcze cztery osoby, razem dojechało nas osiem osób do Radomia.  W Radomiu byliśmy rano. Ona jeszcze musiała jechać kilkanaście kilometrów do małego miasteczka, autobusem, który odjeżdżał o godzinie 11.00. Poszliśmy coś zjeść, na tak zwane śniadanie wiedeńskie. Po śniadaniu pojechaliśmy do odbiorcy mojego towaru. Tam na zapleczu przebrałem się w komplet dżinsów „Lee”, który miałem ze sobą do przebrania. Wcześniej umyłem się, ogoliłem. Moje ciuchy, załadowałem w torbę, były mi potrzebne na następne wyjazdy. Studentka Grażyna, tak miała na imię, robiła cały czas wielkie oczy. Nie wiedziała, co jest grane, ja nie mogłem jej za mocno wtajemniczać w szczegóły, gdyż nie znałem jej jeszcze z „detalami”. Studiowała na Uniwersytecie Gdańskim, była na piątym roku. Gdy wszystko pozałatwiałem, pojechaliśmy do jej rodziców. Zawiózł nas właściciel butiku, któremu dostarczałem dżinsy. Swoim rodzicom przedstawiła mnie, jako kolegę z roku, że jestem jej narzeczonym, że chodzimy z sobą od dwóch lat. Nie miałem ochoty na dłuższe przebywanie, więc tłumaczyłem, że ja tylko przywiozłem Grażynkę, że natychmiast wracam, że jestem bez osobistych rzeczy. Nie mam szczoteczki do zębów, ręcznika, maszynki do golenia, pidżamy itd. Mowy nie było, we wszystko zostałem wyposażony, nawet spałem razem z Grażynką w oddzielnym pokoju. Ojciec oświadczył, że tam w akademiku w Gdańsku robią „co chcą”, więc ja im tego, tu nie będę zabraniał.  I wówczas przypomniało mi się powiedzenie studentek, które szły na balangę do klubu studenckiego „Żak” w Gdańsku: -Bawimy się jak damy, jak nie damy , to się nie bawimy!

       Grażynka była innych zasad, powiedziała mi, że najpierw trzeba pochodzić żeby osiągnąć cel. Męczyłem się sześć nocy, i nic - więc orzekłem, że muszę jechać na Mazury do Szczytna, gdyż telefonowałem z poczty do rodziców, proszą żeby do nich zajechać. Tym sposobem rozbroiłem Grażynkę – jeszcze zostałem cztery dni, razem wróciliśmy do Gdańska. W między czasie załatwiłem zwolnienie lekarskie, w miejscowej przychodni lekarskiej, na trzy tygodnie. Niby zwichnąłem nogę, znajomy lekarz rodziców Grażyny załatwił mi zwolnienie, ale i tak kosztowało to mnie parę złotych, włożonych w legitymację ubezpieczeniową. Na tym wyjeździe więcej straciłem niż zarobiłem, ale żyje się raz! „Róża” była dla mnie Grażynka, długo kwitła, puch i zapach kwiatu nieskończenie leciał z wiatrem, aż skończyła Uniwersytet Gdański i wyjechała w rodzinne strony, a tym samym nasza miłość została przerwana. Z tym, że Grażynka chciała koniecznie żebym rzucił Wrzeszcz i pojechał z nią. Jakże ja to mogłem zrobić w 1965 roku, w najlepszym moim rozkwicie! A koledzy! A handel! Nieukończone technikum!!! Na jednym wyjeździe zarabialiśmy 250 zielonych papierków, z tym, że wartość jednego dolara na czarnym rynku był o wiele, wiele razy wartościowszy niż dziś. Prosty rachunek, za jedną parę markowych dżinsów płaciliśmy 4 dolary w hurcie, sprzedawaliśmy odbiorcy po 5 dolarów. Więc z jednego wyjazdu mieliśmy czysty zysk.  Handlowało nas tak do wspólnego kotła, pięciu chłopaków. Zarabialiśmy miesięcznie, każdy po tyle, co 4 stoczniowców. Gdy nie było jakiś czas towaru, to mieliśmy wentyl bezpieczeństwa, swojego człowieka w Baltonie, ale za prę spodni musieliśmy mu bulić po 5,5 dolara. Wówczas dopłacaliśmy do interesu, ale dostawcami byliśmy solidnymi. Co z tej kupy szmalu mieliśmy? Nic, lekko przyszło, lekko poszło, taki to był czas komuny. Przecież nie mogłem pieniędzy wpłacić na książeczkę PKO, nie mogłem w nic zainwestować - zaraz Milicja Obywatelska by mnie namierzyła i wszystko by mi skonfiskowała i jeszcze poszedłbym siedzieć na ul. Kurkową. Jedynie chodziłem modnie ubrany, balowałem, jeździłem włoskim skuterem „Lambrettą”…   Podsumowując żyliśmy ponad stan, ale nigdy tak, żeby rzucać się w oczy.   Od czasu do czasu urządzaliśmy słynne wyjazdowe balangi. Jeździliśmy do modnych kurortów jak do Krynicy Morskiej, Helu, Jastarni. Tam wynajmowaliśmy całe piętro w najlepszym pensjonacie nad morzem. W dobrym lokalu gastronomicznym opłacaliśmy z góry, rachunki za obiady i kolację, z dancingiem i trunkami. Szef lokalu zawsze miał problem z wyliczeniem, ile może 10 osób zjeść i wypić przez cztery kolejne dni. Gdy mu mówiliśmy, że niech do tego doda 50 % napiwku dla obsługi i dodatkowo 50 % dla siebie (dla siebie w dolarach), szybko wyliczał kwotę. Płaciliśmy mu z góry, zaznaczając, że musimy mieć spokój z miejscową milicją i darmowy transport do pensjonatu. Niby wszystko było OK.,  a i tak byliśmy zawsze orżnięci o jakieś 30 do 40 % z tym, że nam na gotówce nie zależało, a i tak mieliśmy najlepszy stolik, obsługę i spokój w głowie. Miejscowe mewy patrzyły na nas jak sępy na padlinę, ale my zawsze przywoziliśmy swoje drzewo do lasu. A ileż?  A ile razy mnie okradano? Miałem głupi zwyczaj noszenia przy sobie dużej ilości gotówki, na co czekali kieszonkowcy, szulerzy i inni cwaniacy? Czekali, kiedy się upiję lub rozdam im wszystko lekką ręką.  Milicjanci specjalnie mnie zamykali na dołku, żebym rano wychodził goły jak święty turecki. Wszyscy byli wówczas zadowoleni, tylko ja nie - ale, lekko przyszło, lekko poszło. Komenda dzielnicowa milicji była usytuowana we Wrzeszczu przy ulicy Partyzantów, na przeciw ulicy Dmowskiego. Dzisiaj na jej miejscu inny świat, centra handlowe. Za moich czasów to cinkciarze i prostytutki, miały idealny widok przez oszklone szyby restauracji „Akwarium”, prosto na komendę milicji. To znaczy jedni o drugich, wszystko wiedzieli i z nich czerpali zyski. Ale to już oddzielny temat i dłuższa sprawa.

             Teraz opowiem o mojej, niby utorowanej pracy, a faktycznie o moim słodkim bycie na wydziale S5 w Stoczni Gdańskiej. Któregoś pięknego dnia odszukał mnie na wydziale K2, jeden z ważniejszych ludzi w Stoczni i bezdyskusyjnie przeniósł mnie na wydział silnikowy S5. Ważniak ten, to mojego ojca kolega, razem chodzili w Ostrołęce do szkoły rzemieślniczej. Spotkali się na odpuście w Kamiance. Ojciec zrobił mi „niedźwiedzią przysługę”, ale przecież nic nie wiedział, że na wydziale K2 mam wszystko unormowane i „spokój w głowie”. Cholera! Teraz nowe środowisko, nowi ludzie, brak znajomości, bez układów. Najgorszym okazał się mój nowy brygadzista. Zatwardziały szuja, który tylko widział pracę i tyranie jak indyjski słoń.  Jeszcze go nie było widać, a już się darł: -Gdzie ja jestem? Jak byłem, to mu odpowiadałem, że pan w mojej osobie jest na stanowisku pracy.  A gdy mnie nie było, to chłopaki mówili, że poszedłem do kibla. Gdy po dłuższym czasie mnie spotykał, to również  wrzeszczał pytająco: -Czy byłem w kiblu? -Tak, tak, byłem, bo szukałem tam podobnego gówna do pana. Była tam praca również w akordzie, ja jak zwykle odkupywałem godziny za daną robotę, płacąc więcej jak był zakordowany czas, więc na koniec miesiąca byłem okej. Chłopaki za mnie robili, ja płaciłem, a brygadzista dostawał wścieklizny. Dobrze, że mistrz, starszy pan Heniu, dobrotliwy, grubaśny pan - był za mną, bo ten szuja by mnie wykończył. Doprowadziłem do tego, że chłopaki z Wrzeszcza, wciągnęli brygadzistę w bramę tuż za stocznia na ul. Doki. Tam dostał parę razy pod łopatkę, ale dość lekko, z zaznaczeniem, żeby się ode mnie odczepił. Na drugi dzień po tym incydencie, zwrócił się do mnie wystraszony: -Rób sobie, co chcesz, ja nie będę się do ciebie więcej wtrącał. I dał mi spokój!

            Gdy Stocznia oddawała bazę przetwórnię rybacką ”Gryf Pomorza”, on zatrudnił się na niej do pracy. W ostatnim dniu, przyszedł do mnie pożegnać się, przeprosił mnie, wyznając mi, że on mi zazdrościł wielu rzeczy, a najbardziej uczęszczania do technikum. Ucałowaliśmy się jak starzy przyjaciele. Poprosił mnie na pożegnalnego kielicha, wszyscy byli tym zaskoczeni.

     Po wielu latach, na wiosnę w 1996 roku byłem w Szpitalu Uzdrowiskowym „Jan Kazimierz” w Dusznikach Zdroju. Tam nasze towarzystwo opalało twarze siedząc na kilku ławkach w parku sanatoryjnym. Przysiadł się na wolnym miejscu starszy pan, z laseczką, zgarbiony, ale dobroduszny. Ponieważ lubię nawiązywać kontakty, zapytałem go skąd przyjechał, gdzie pracował itp. On, że z Gdańska, że cale życie przepracował w Stoczni Gdańskiej na wydziale silnikowym S5, że od wielu lat jest na emeryturze, a teraz leczy się w sanatorium na kręgosłup. Patrzę na niego i oczom ni wierzę, przecież to mój ukochany mistrz pan Heniu. Gdy się wygadał, jak to u starszych ludzi bywa, ja zacząłem: - A czy on pamięta Leszka Mierzejewskiego, lewusa, który u niego pracował, z którym mieli tyle cyrku i zabawy, że z 10 brygad można było obdzielić. Spojrzał na mnie, zerwał się na równe nogi jak szesnastolatek i  krzyknął: -Leszek!  Stary byku, kochany lewusie, przecież to ty, daj pyska i zaczęliśmy się całować w policzki, ściskać jak emigranci po powrocie z Syberii. Moje towarzystwo zdębiało, gęby pootwierali, a ja im przez łzy wyjaśniłem: -Trzydzieści lat mojego kochanego mistrzunia nie widziałem. Jeszcze przez dwa tygodnie, codziennie się widywaliśmy. Syn po niego przyjechał z Gdańska. Umarł w 1998 roku, już go nie zdążyłem odwiedzić w domu w Oliwie, gdzie mnie serdecznie zapraszał.

         Gdy jako tako urządziłem się na wydziale S5, ktoś życzliwy doniósł do  zakładowej organizacji partyjnej, do ZMS i do zakładowej komórki SB , że ja nie pracuję, że odkupuję godziny akordowe, że więcej przebywam na  zwolnieniach lekarskich, niż w pracy itd. Wezwano mnie na komisję dyscyplinarną, gdzie wstawiłem się punktualnie. Modnie ubrany, w najnowsze ciuchy, co od razu źle wpłynęło na przyszły werdykt. -Czy to prawda, że się obijam? –Tak prawda.  -Czy kupujecie godziny?   –Tak kupuję.  -Czy wiem o tym, że mogę być wyrzucony dyscyplinarnie z pracy?  -Tak proszę mnie wyrzucić i dać zakaz wykonywania pracy. Tego było za wiele, otrzymałem naganę i przeniesienie służbowe do najgorszej z robót na wydziale S5, bo do brygady transportowej. Koszmar, robota jak w obozie koncentracyjnym. Dachau to pestka, porównywalna praca, to najcięższe kamieniołomy. Trzeba było wielkie maszyny typu agregaty prądotwórcze, wały napędowe, rożnego rodzaju obrabiarki, silniki okrętowe, itd., ważące  niejednokrotnie kilkanaście ton, transportować  ręcznie po rolkach, wewnątrz statku, aż  na miejsce przeznaczenia. Popracowałem tam parę tygodni, a inaczej mówiąc  byłem na zwolnieniu lekarskim. W między czasie przez układy, stare znajomości, prezenty, prezenciki, łapówki i suweniry - załatwiłem sobie przeniesienie na wydział szkoleniowo – produkcyjny.  Tam to już naprawdę miałem raj na ziemi, nie trzeba było pracować, tylko być w pracy. Ale ja nie mogłem być w pracy, ja musiałem załatwiać interesy na mieście lub odsypiać nieprzespane noce. W mojej głowie wykluwały się dwie myśli, jedna zła i jedna dobra, która mówiła mi, że muszę się uczyć – żeby skończyć moje zaoczne technikum - musiałem pracować zawodowo i to w Stoczni. Druga zła, żeby żyć z dnia na dzień handlując, balując i niczym się nie przejmując. Więc gdy mi „odeszło” szedłem do pracy, tylko, że ja nie mogłem nigdy zdążyć na 6.00. Zawsze się spóźniałem, ale kartę wejścia miałem podbitą prawidłowo, to znaczy o godzinie 5.55, bo miałem kolegę, który pracował w warsztatach naprawiających zegary. Gdy już wszyscy byli po odprawie, ja wchodziłem – kierownik zmiany krzyczał na cały głos: - Witam pana Lewusa, a co tym razem się wydarzyło? Wymyślałem przeróżne historie. Na przykład, twierdziłem, że się spóźniłem, bo nie mogłem zasunąć suwaka w rozporku spodni. –A dlaczego? Pytał kierownik. –Bo mi fujarka z rana stała. Wszyscy w śmiech, a szef biegiem na skargę do kierownika hali, któremu pokazywałem kartę wejścia i wszystko było OK. Zresztą z głównym kierownikiem miałem dobry układ, znałem go przez jego syna. Bywałem kilka razy u nich w domu. Natomiast kierownik zmiany zwalczał mnie ile mógł. Gdy w styczniu 1967 roku powiedziałem mu, że chcę się zwolnić, to o mało nie zemdlał z radości. Chodził rozpromieniony, a gdy zwolniłem się na własną prośbę 09.02 1967 roku, to powiedział wszystkim na cały głos, że jest to najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Gdy opijałem z chłopakami moje odejście, to on nie przyszedł na wódkę, ale pożegnał się ze mną życząc mi wszystkiego najlepszego. Spotkaliśmy się w szpitalu w Szczytnie  w 1999 roku, jadąc przez nasze miasto, zaniemogła jego żona, przywiózł ją do Szpitala. Czekając na korytarzu, wyczytał na informacjach: Dyrektor Naczelny Leszek Mierzejewski. Pamiętał, że wówczas wyjeżdżałem do Szczytna. Ile było radości ze spotkania. Nie wierzył, że to ja, że skończyłem studia, że dochrapałem się takiego wysokiego stołka. On z żona jechał do Ostrołęki, na ślub bratanka. Dopiero po 32 latach dogadaliśmy się, że jesteśmy krajanami.  W tym samym dniu, żonę mu medycy postawili na nogi i mój dawny kierownik pojechał na Kurpie. Odjeżdżając rzekł mi: -Oj, Leszek żebym to ja wtedy wiedział, to byś ty miał u mnie, jak u pana Boga za piecem. Wracając odwiedził mnie, nocował z żoną u mnie i popiliśmy tęgo, wspominając stare, czy dobre czasy?!

  

                                                                                                                      

 

Ja na powyższym zdjęciu  - rok 1966, byłem najmodniej, jak  na tamte czasy ubrany: płaszcz włoski (sprowadzany przez marynarzy), koszula biała typu  „Ortalion”,  krawat wąski firmy „Trewira”,  spodnie rurki z mankietami, buty zamszowe ze szpicem, włosy przystrzyżone – elegancja Francja - nawet, jak widać na zdjęciu młoda dziewczyna się za mną ogląda. Zdjęcie zrobione w jesienną niedzielą na ul. Grunwaldzkiej, tuż przed kawiarnią „Morska”.

 

  1. w stoczni, miałem tam wielu serdecznych kolegów i przyjaciół. Pamiętam greckich uciekinierów politycznych. Z jednym z nich przez wiele lat utrzymywałem serdeczną więź. Był to chłopak z Aten, cwaniak i urwis mojego przekroju. Pracował jako tokarz, więc często go odwiedzałem w pracy. Mieszkał na kwaterze stoczniowej w centrum Gdańska, po pracy przyjeżdżał do mnie do Wrzeszcza. Gdy wyjeżdżał go Grecji, gdzie zamieszkał z żoną gdańszczanką, zostawił mi adres, prosząc o odwiedzenie. Cztery lata temu gościłem dwa tygodnie, u siostry w Atenach, przeszukałem cały swój dom, jego adres diabeł zakrył ogonem. Wielu jeszcze miałem przyjaciół, ale trzech wyjątkowo serdecznych: Franka, z którym razem mieszkaliśmy na jednej chacie. Emigrant z ZSRR, jako mały chłopak przyjechał z matką i z trzema braćmi do Polski. Razem chodziliśmy do zawodówki, razem pracowaliśmy w stoczni, potem drogi nasze się rozeszły. Ożenił się w Gdańsku, doczekał się dzieci, wnuczków, ale nieszczęśliwie skończył. Już jako starszy pan, wracał późno do domu, pobili go młodzi gówniarze, tak nieszczęśliwie, że coś mu odbijało pod sufitem. Umarł, jest pochowany w Gdańsku- Wrzeszczu. Drugi mój serdeczny przyjaciel Edek miał przesympatycznego ojca, który bardzo mnie lubił i kiedyś goszcząc u niego w domu, opowiedział mi syberyjski humor: Pewnego mroźnego poranka, syberyjscy myśliwi, którzy zebrali się pod kioskiem z piwem zaczęli psioczyć, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Gdy żona lub dziewczyna zajdzie w ciążę, zaraz zlatują się wszystkie sąsiadki lub koleżanki, macają ją po brzuchu, głaszczą i składają gratulacje. Natomiast żadna nas nie pogłaszcze, po sprawcy tego zajścia , mówiąc: „Dobra robota”! Edek, mając 13 lat, w 1959 roku przyjechał wraz z rodzicami, repatriantami do Gdańska, z Syberii. Pierwszy raz spotkaliśmy się w tym właśnie roku, rozpoczynając edukacje w Szkole Budowy Okrętów. Jego ojciec Bolesław (zmarł w styczniu tegoż roku), mieszkając na Syberii , był jedynym w okolicy polskim myśliwym posiadającym od władz sowieckich zezwolenie na broń i polowania. Jedyny „prykaz” który go dotyczył, to odstawiać w całości upolowaną zwierzynę, to znaczy skórę, kości i mięso do miejscowego magazynu. Dzięki swojej profesji, nie musiał ciężko harować po 12 godzin w kopalni lub przy wyrębie syberyjskiego lasu. Polując, zawsze coś tam , ze „świeżynki” ukręcił dla siebie i dla znajomych Polaków, nie wspominając o handlu. Żyło im się dzięki polowaniom dość dobrze. Pamiętam, jak by to było dziś - jego wspaniałe opowieści, a w szczególności twierdzenie, że tam tylko 10 miesięcy była siarczysta zima, a reszta to upalne lato. Teraz dopiero sprawdziłem niby ten jego żart, ale faktycznie to była stu procentowa prawda, taki właśnie jest w Jakucji klimat. Bardzo lubiłem ten czas, spędzony w mieszkaniu Pana Bolesława, kiedy opowiadał przeróżne historie, ze swojego bujnego Jakuckiego życia. Wraz z każdą opowieścią, jego niebieskie, jasne oczy biegały gdzieś w dal, przez zamknięte okno gdańskiego wieżowca, ponad ośnieżone gałęzie drzew, ponad ulicę grunwaldzką, ponad bielą spowitych pól, gdzieś hen daleko, daleko w krainę jego minionych lat – w krainę przeszłości. Słuchałem go w skupieniu, jego zaczarowanych bajek. Czułem, że tęsknił za śnieżną przestrzenią, terenem jego dawnych przeżyć i emocji myśliwskich. Raz po raz spoglądał on z uwielbieniem na swoją jednorurową „IŻ-ówkę”*, bez zamka i dodatkowo przewierconą, żeby nie mogła już służyć do polowań. Wisiała ona na honorowym miejscu, w gościnnym pokoju, gdańskiego mieszkania. –No tak! Mój kochaniutki –ciągnął jedno ze swoich opowiadań: –Rozkoszy z polowania doznawałem naprawdę bardzo dużo! Ja Polsko- Jakucki myśliwy, gdy wypuszczałem się na łów ze swym czworonożnym przyjacielem, hen w dal, w śnieżną nieprzeniknioną okolicę, to była nagroda nade wszystko. Uganiałem się za zającami, et tam! Przepraszam, co ja plotę - tam żyły same bielaki zamiast waszych szaraków. Polowałem ja na wiewiórki, łasice, gronostaje, lisy, rosomaki, piżmowce, łosie, renifery, niedźwiedzie, wilki a faktycznie na wszystko co się ruszało, gdyż nałożony miałem wyśrubowany plan. Inaczej mówiąc, już tak a po polsku, to polowałem na akord. Podchodziłem ja pod zwierzynę swoimi sposobami. Znikałem z naszego chutoru nawet na 2 tygodnie. Znałem okoliczną tajgę jak własną kieszeń. Lasy przeważnie iglaste, w których rosły głównie modrzewie syberyjski i sosna, przetykane gdzie niegdzie brzozą. Były one dla mnie drugą chałupą. Mróz i śnieg dniem codziennym. Wieczór w wieczór słuchałem koncertu, wilczych śpiewów, te wycia rzewliwe, tryumfujące lub ujadające w tęsknocie, odbite stukrotnie o ściany lasu – do dzisiaj śnią mi się po nocach. Do dziś w uszach słyszę, po tylu latach głos mojego ulubionego kundla, pomykającego za reniferem, łosiem, czy lisem. Zżyłem się z tym psem, tym najwierniejszym szczerym i nieodstępnym przyjacielem, moich wypadów łowieckich, jak z nikim innym. Cały czas twierdzę, że ogary, wyżły, czy foksteriery należą do inteligentnych psów, ale mojemu Basiorowi żaden nie dorósł do pazurów. Kundla nie daje się tresować, ale mój Basior posiadał swoje wrodzone talenty, jak węch, słuch, rozum i zaciętość. – Pamiętam jeden taki dzień, wyjątkowo mroźny, śnieg zalegał do pasa, a miejscami zapadało się po pachy… I nagle cichy głos mojego Basiora z szarpnięciem za nogawkę, umówiona zapowiedź , że w pobliżu grasuje niedźwiedź. Niedobrze ! pomyślałem, obudził się, musi być wyjątkowo głodny i agresywny. Faktem jest, że zima miała się ku końcowi. Niedźwiedzie już opuszczały z wolna swoje zimowe gawry, łochwy i bukowiska. Dzień zbliżał się ku wieczorowi. Śnieg błękitniał momentalnie, a mróz zaczął dłoń „spawać” do żelaza strzelby. Nagle słyszę na stoku za niewielką górką, krótkie sapanie, po tym głośne porykiwanie. Zorientowałem się, że mam spotkanie z potężnym misiem. Zrzuciłem kożuch i pobiegłem co tchu do najbliższych drzew, aby mieć las za plecami, a przeciwnika z przodu. Wszystkie zmysłu napięte miałem niczym postronki. Wzrok wbiłem w przypuszczalne miejsce wyjścia napastnika. Podniecenie warte 10 lat życia w czterech ścianach mieszkania w gdańskim wieżowcu. Jedną kulę włożyłem do mojej „IŻ-ówki”, mocno i pewnie chwyciłem broń… Zimna krew, spokój i jeszcze raz spokój, gdyż jakakolwiek pomyłka, pudło, niewypał, to atak ale na moją osobę - pomyślałem. Czekam! Obok mnie spokojny, ale spięty Basior. Wytężam wzrok, z 10 minut spokój, nic nie wychodzi. Po tym, raptem, niespodziewanie z prawej strony, słyszę trzask łamiącej się skorupy zamarzniętego śniegu i kilka kroków ode mnie wysuwa się z za drzewa ogromna paszcza niedźwiedzia, który dopiero teraz ryczy wściekle, że ktoś śmiał wkroczyć w jego rewir i na dodatek teren mu przemierzać ! Nie miałem czasu do namysłu, strzelba do ramienia, lufę skierowałem w czarno- brązowy masyw zwierza i pociągnąłem za spust. Niedźwiedź uderzony ołowiem - nie zwalił się jak powinien, zaatakował mnie podwójnie wściekły. Snując dalej swoją opowieść, Pan Bolesław stwierdził, że dopiero teraz pies pokazał co potrafi. Wybił się w powietrze jak z katapulty opadając na kark niedźwiedzia. Wbił głęboko swe kły w kark i jak rasowy pies trzymał mocno. Przeciwnik obracał się jak na karuzeli, chcąc jak najszybciej zrzucić mojego Basiora. Wystarczyło to mi na załadowanie jednorurki i celnym okiem pogłaskać zimną kulą jego tuszę. Kula idealnie trafiła ofiarę. Niedźwiedź dwukrotnie uderzony, teraz ołowiem wprost w kark, w kręgi szyjne. Zwalił się jak porażony u stóp moich nóg, zaznaczając na śniegu czerwoną farbą swój testament. Po przytransportowaniu na miejsce, znawcy w tej materii, po obejrzeniu skóry, czaszki i kości ocenili , że musiał ważyć 450 – 500 kg . Starzy myśliwi Jakuccy mówili, że na jesieni wyglądał jeszcze okazalej, ponieważ przez zimę stracił jakieś 150 do 200 kg tłuszczu. Ostatnie słowa opowieści o tym olbrzymie dawno przebrzmiały, tylko oczy Pana Bolesława, zapatrzone w śnieżną dal zabłysły żywiej w przytulnym pokoju gdańskiego wieżowca. A mi nieświadoma łza jakiejś wściekłości popłynęła po policzku, dlaczego ówczesne władze rosyjskie nie pozwoliły zabrać jako repatriantowi, z sobą tu do Polski ukochanego psa Basiora. Został on u zaprzyjaźnionej rodowitej rodziny jakuckich Sybiraków, a skórę z misia olbrzyma, czaszkę z innymi cennymi rzeczami zarekwirowały miejscowe władze celne, przy wyjeździe (prawdopodobnie podzielili wszystko pomiędzy siebie). Rodzina pana Bolesława, już w innym składzie ale też 4 osobowa powróciła po 33 latach zsyłki, mając w dorobku majątek mieszczący się w 4 walizkach i 2 kufrach. Pan Bolesław opowiedział mi, że jego rodzina została zesłana na Syberię w 1926 roku, wraz z liczną grupą Polaków. Wywieziono ich do dalekiej Jakucji, położonej w Dalekowschodnim Okręgu Federalnym, gdzie klimat jest wybitnie suchy, o długiej zimie, z ogromną roczną amplitudą temperatur. Latem do + 40 stopni, a zimą nierzadko do – 60 stopni. Pan Bolesław polował na Syberii 26 lat, od 16 roku życia, będąc jeszcze młokosem zapuszczał się w śnieżne odstępy. Opowiadał mi, że do 1945 roku rygor był niesamowity, wszystkie skóry, kości i mięso było odstawiane na potrzeby Armii Czerwonej. Po zwycięstwie, po roku 1945, całość szła do głodujących miast, ale za ukręcenie „czegoś” dla siebie, nie było tak drastycznych kar, jak wcześniej - np. pięć lat ciągłej harówki przy wydobywaniu rudy cyny, gdzie średnio więźniowie przeżywali bez wychodzenia na świeże powietrze, od 6 do 12 miesięcy. Natomiast zwykli zesłańcy pracując tam po 12 godzin, mogli nawet wytrzymać do 5 – 6 lat. Któregoś dnia, opowiedział mi Pan Bolesław, że było to wczesną wiosną w 1950 roku, w jego Polsko- Jakucko- Rosyjskiej osadzie zrobił się straszny rwetes i popłoch. „Naczalstwo” otrzymało telefonogram, o przyjeździe z Moskwy, inżyniera z Instytutu Geologicznego i to na całe pół roku. Za tydzień należy go odebrać i przywieść z lotniska z Batograju. Natychmiast wzmożono dyscyplinę pracy. Nasze „naczalstwo” ubzdurało sobie, że będzie kompleksowa kontrola wydajności pracy wszystkich zesłańców, zarówno w kopalniach jak i przy wyrębie lasów. Ja jako najlepiej znający teren, otrzymałem „prykaz” przywiezienia gościa z miasta, odległego o około 300 km. Drogi zawiane śniegiem, mróz dochodzący do – 30 stopni. Pojechałem swoimi saniami zaprzężonymi w moją ulubioną kobyłkę „Krasulę”. Podróż trwała 6 dni. Na miejscu wiadomość: „lotnisko nieczynne do odwołania – wiosenne zawieje śnieżne„ Zakwaterowano mnie na koszt Partii w miejscowym jedynym hotelu, a moją kobyłkę w stajni miejscowego sowchozu. Po czterech dniach przyleciał oczekiwany inżynier, który już od trzech tygodni był w podróży. Samą koleją transsyberyjską jechał 10 dni. Patrzę i oczom nie wierzę, bo moskwiczanin to młody, 25 letni, uśmiechnięty, przystojny mężczyzna o śniadej cerze i kruczych, kręconych włosach. Wąsik u niego cieniutki, idealnie wystrzyżony, taki jak ja nosiłem w 18 roku życia. Na przywitanie podał mi rękę, nachylił się i zanim zorientowałem się, uściskał mnie po bratersku mówiąc czystym językiem rosyjskim: -Mikołaj jestem. A ja osłupiały odrzekłem: -Bolesław. Lody zostały przełamane! Cały czas wyobrażałem sobie, że przyjedzie starszy zarozumiały, srogi i butny naukowiec ze Stolicy, któremu będę musiał usługiwać na każdym kroku i na każde jego skinienie. Przed nami 300 km powrotu saniami, a były to zwykłe wiejskie płozy, wąskie, długie i niskie, z wygiętym przodem, pomalowane na zielono. Siedzieliśmy z Mikołajem, przytuleni do siebie , opatuleni szarą, wysłużoną ale ciepła wełnianą derką. Kobyłka była dość duża, młoda jeszcze więc i nerwista, co raz trzeba było ja hamować, bała się wrzawy miasta a przede wszystkim warczących batagajskich samochodów. Najgorzej było, gdy natykaliśmy się na sowieckie kolumny wojska, musiałem zeskakiwać z sań i trzymać konia za pysk, oczy zasłaniać szmatą, gdyż nigdy nie widziała i nie słyszała tylu śpiewających młodych i wesołych sołdatów. Ona wychowywana była w ciszy i spokoju, jedynie wycie wilków zakłócało monotonię naszych stron. Na szczęście, niebawem zostawiliśmy za plecami miejscowość Batagaj, i ruszyliśmy w śnieżną dal na olbrzymie przestrzenie, zasypane śniegiem, gdzie już było moje królestwo, mój raj, a ja byłem BÓGIEM I CAREM. Zwierzyna w pobliżu miasteczka była czujna i bardzo szybka w ucieczce. Wilki często podchodziły pod same zabudowania miasta, gdyż błąkały się bez pożywienia i tylko ich żelazny organizm zezwalał wytrzymywać w takich warunkach. Instynkt życia nakazywał im wśród nocy zbliżać się do siedzib ludzkich, z nadzieją, że tam można najłatwiej zdobyć jakiś łup. Dlatego każdego wieczora, pod miasteczkiem, słychać było ich przeraźliwe wycie, a rankiem widać ślady ich potężnych łap. Wjechaliśmy do lasu, tu mróz był mniej natrętny. Mój inżynier cały dygotał z zimna. Miał strój, ale odpowiedni na zimowy spacer moskiewską ulica! Jesioneczka podbita futrzanym kożuszkiem, zwykła czapka z nausznikami, skórzane wysokie buty. Wieczorem wjechaliśmy do małej jakuckiej wioski, położonej na skraju modrzewiowego lasu. Miejscowy pop* ulokował nas w jakiejś chałupie połączonej ścianami z oborą i stajnią. Spaliśmy w nie opalanym , dusznym pokoju, we dwóch na drewnianym łóżku . Na dwóch innych spała cała 6 osobowa rodzina. Ja, za swój stary zegarek „Poliot” wyhandlowałem, to znaczy ubrałem Mikołaja w prawie nowy długi kożuch, buty walonki z wełny renifera i na dokładkę za kilkanaście rubli, dorzucili super ciepłe rękawice i futrzaną czapę. Z rana nadal był potężny mróz, ubraliśmy się pośpiesznie i po śniadaniu wyjechaliśmy w dalszą trasę. Mikołaj stwierdził , ż w tym pokoju zaduch był niesamowity, bo w nocy mogły się drzwi od obory otworzyć, albo gospodyni się odkryła. Poza tym, uśmiechnięty był od ucha do ucha, co chwilę mówił mi, że upodobnił się do jakuckiego Sybiraka, a najtęższy mróz może mu na babałajce pograć.

Trzeciego dnia podróży znaleźliśmy się wśród wielkiej, jakby nieco opadniętej kotliny, pokrytej rzadko porośniętymi brzozami i zwalonymi pniami zmurszałych drzew, wśród których błyszczały czarodziejskie kryształki niebieskiego śniegu. Wszystko zalane było blaskiem słońca, które przechylając się ku zachodowi, nadaawały kotlinie cieplejszej temperatury. Nagle, rozległ się niesamowity łoskot i oczom naszym ukazało się wielkie cielsko łosia. Pędził szalonymi skokami, utrzymując się z łatwością na stwardniałej pokrywie śniegu, zawdzięczał to wielkim rozłożystym racicom. Za chwilę, jego tropem, z lasu wypadła wataha wilków, zapadając się coraz po brzuch w śnieg. Myśleliśmy, że nie mają szans go dopaść, lecz z przodu kotliny nadciągnęła druga część wilczej bandy. Nie traciliśmy ofiary z oczu, już było widać, że zaczyna się miotać. Ruchy łosia stały się jakby bezradne . Rozdzielone wilki okrążyły go i za moment dopadły, skacząc do gardła. Po zaciętej walce powaliły ofiarę na śnieg. Odległość od nas wynosiła z 300 metrów. Rodzina napastników składała się z 12 dorosłych osobników. Co robimy? Wiatr mamy korzystny, na siebie, zawracamy i robimy okrążenie, czy atakujemy zbójecką zgraję. Na szczęście, gość mój miał służbowego nagana* z siedmio strzałowym bębenkiem. Zasięg skuteczny do 100 metrów. W zapasie miał ze 100 kul luzem porozmieszczanych. Męska decyzja, atakujemy! Podjechaliśmy na odległość około 100 metrów. Moja wspaniała kobyłka „Krasula” szła tam gdzie jej kazałem, nic się nie lękała, niejednokrotnie potrafiła zębami kąsać jak mój ukochany pies „Basior”. Łoś leżał z oczyma pokrytymi bielmem śmierci, rozwścieczone wilki szarpały zajadle jego grubą skórę, chcąc się jak najszybciej dostać do pożywnego ciepłego mięsa.

Wg relacji Pana Bolesława, on pierwszy strzelił do największego basiora, który padł w ogniu. Dalej opowiadał jednym tchem, mocno podniecony, a jego niebieskie oczy biegały po pokoju tak jak by wciąż uczestniczył w tej mroźnej przygodzie. Po szybkim załadowywaniu mojej „Iżówki”, strzelałem raz po raz, a wraz ze mną strzelał Mikołaj, czy celnie, trudno było wówczas ocenić. Kanonada była niesamowicie głośna, prawie jak na placu defilad w rocznicę zwycięstwa w Moskwie. Z początku wilki nie myślały opuścić rozszarpywanego łosia, ale w pewnym momencie żyjąca jeszcze część bandy ”dała nogę”, z podwiniętymi ogonami. Podeszliśmy na miejsce , leżało 6 wilków, jednego rannego dobiliśmy, jeden z napastników zaznaczył swój trop farbą, czy przeżył, trudno wyrokować? Mikołaj po obejrzeniu naszego dzieła, zapytał: -A po prawie, to łosia myśmy pozyskali, czy go wilkom należy przypisać? Trochę z obawą, gdyż go jeszcze dobrze nie znałem, ale ze śmiechem na ustach, rzekłem: - Łosia oraz siedem wilków pozyskało nasze ukochane Państwo Radzieckie i jest to jego własność, nam należą się darmowe kule i to 8 sztuk. Po podliczeniu łusek, zsumowaliśmy: -ja strzelałem 6 razy, Mikołaj 7 razy, wobec tego 6 było pudeł, które przypisał sobie mój gość. Wilki załadowaliśmy na sanie, łosia na linę i całość przeciągnęliśmy do lasu, gdzie przy ognisku dokonaliśmy patroszenia, oskórowania i poćwiartowania mięsa z łosia. Pod wieczór, gdy mieliśmy odjeżdżać celem dobrnięcia do pobliskiego drewnianego domku myśliwskiego, ale i przed uniknięciem spotkania niezliczonych watah wilków , których niewątpliwie ściągała woń patrochów – ujrzeliśmy widok niezwykły. Zza wysokich sosen wybiegł młody syberyjski renifer i niezrażony widokiem ludzi zmierzał w naszym kierunki. Robił wrażenie bardzo spłoszonego. Podniosłem załadowany karabin. Po chwili zza tych samych drzew wyrosły jak z pod śniegu wilki. Zatrzymały się. Błyskawicznie złożyłem się i dałem równocześnie z Mikołajem strzał. Dwa wilki po strzałach podskoczyły i opadły ciężko na bok. Mikołaj strzelił jeszcze raz, ja załadowałem jednorurkę i oddałem następny strzał do uciekającej watahy. Puściłem się biegiem, gdy znalazłem się w pobliżu sosen, jeden ranny basior zerwał się i zaczął mnie atakować. Strzeliłem w biegu, i to z przyrzutu, mierząc końcówką lufy. Oczywiście spudłowałem, ale wilk skojarzył sobie widocznie ten huk z poprzednim strzałem , bo skręcił raptownie w bok, gdzie celnym strzałem powalił go Mikołaj. Późnym wieczorem oskórowaliśmy jeszcze cztery wilki i raźno ruszyliśmy w trasę, by po sześciu dniach dotrzeć do domu.

  1. nie przybył tu na żadną kontrolę, ale jako geolog od złóż i minerałów, miał za zadanie wstępnie zbadać dodatkowe zasoby jakuckiej republiki a faktycznie naszego Ułasu. Często jeździłem z nim jako przewodnik, gdyż on w naszym terenie całkowicie zielony bywał , pomimo wieczornego rozkładania i studiowania swoich map. Nie mógł zrozumieć, jak ja nie błądzę w tym białym kraju, pełnym zdradliwych zasadzek i śnieżnych przestrzeni. –To proste, moim drogowskazem jest kompas, a drogami zamarznięte rzeki, gdzie jest ich tu tysiące, poczynając od Leny o długości 4400 km, Wiluju 2650 km, Olenioku 2290 km, Aldanie 2273 km, Kołdymie 2129 km a kończąc na naszej pobliskiej Janie którą można dojechać aż do miasta Batagaj. Dróg jest bardzo mało, w zimie są one zawiane i w większości nie odśnieżane, gdyż zawieje panują tam tygodniami. Moja jedyna córka Zosia, po 8 miesiącach rozstania się z Mikołajem, pojechała na zaproszenie jego rodziny do Moskwy. Za 3 miesiące wyruszyła tam cała nasza rodzina, na ich ślub. Pierwszy raz leciałem samolotem, z dwiema przesiadkami i 7 dniową podróżą koleją transsyberyjską na trasie Tajszet – Moskwa. Teść mojej córki był wysoko postawioną personą w administracji moskiewskiego aparatu. Bez problemu na wszystko otrzymywałem zezwolenia, jak również na późniejszy powrót do Polski. Mój zięć na weselnym przyjęciu stwierdził, że jak do tej pory, w swoim życiu, otrzymał dwa najwspanialsze i najmilsze sercu prezenty i to od mojej skromnej osoby: Pierwszy prezent, to przepiękną, mądrą żonę – Zosię , a drugi to kożuch z walonkami plus rękawice i futrzaną czapę, gdy zaczął marznąć tam w syberyjskiej tajdze. Ja od niego w rekompensacie za swój stary zegarek otrzymałem nowiutki złoty zegarek „Poliot” ze złotą bransoletą, a od jego teścia rewolwer z dwustoma nabojami i zezwoleniem na niego od NKWD. Od 1970 roku Mikołaj zamieszkał ze swoją rodziną w Gdańsku, a od 1998 roku w Niemczech, gdzie prowadzi rodzinna firmę geologiczną. Obecnie jest emerytem , firmą zarządza mój ukochany wnuk Bolesław, który biegle włada po polsku, rosyjsku, niemiecku, angielsku i duńsku no i już nauczyłem go kilkudziesięciu słów po Jakucku. Kończąc swoja opowieść pan Bolesław opowiedział mi jeszcze żart, jak na dalekiej Syberii, był jeden bardzo drogi adwokat, który słono liczył za nawet drobną przysługę. Pewnego razu przyszedł do niego mocno zdenerwowany sąsiad, z prośba o poradę: -Czy jak cudzy pies ściągnie komuś mięso z kuchennego stołu, to od właściciela psa można żądać odszkodowania? – Naturalnie! rzekł mecenas. –W takim razie należy mi się 500 rubli od Pana mecenasa, gdyż to Pański wyżeł ukradł mi wczoraj mięso ! –Zgoda, ale mnie od Pana należy się za dzisiejszą poradę 1000 rubli, proszę potrącić sobie 500 rubli za szkodę i wypłacić mi resztę honorarium. Któregoś razu będąc w domu u pana Bolesława spytałem, co mu najbardziej utkwiło z młodzieńczych lat, co pamięta do dnia dzisiejszego: -Gdy wywożono całą naszą rodzinę, miałem tylko 9 lat, ale już swój rozum posiadałem. Cała moja młodzieńcza wyobraźnia, cała moja namiętność przesycona była wilkami. Wówczas istniała najzasobniejsza pora na wilcze obławy i na ich pozyskiwania. Skóry z nich były cennym towarem ocieplającym, za każdego zabitego czworonoga otrzymywało się najlepszą z najlepszych premii to jest zwiększoną rację żywnościową. Chodziły one wielkimi watahami, spotkać je można było wszędzie, zwłaszcza w jakuckich lasach, gdzie miały swoje legowiska. Po wsiach pełno było przerażających o nich opowieści, mrożących krew w żyłach. A teraz powiedz ty mi Leszku, co tobie najbardziej utkwiło w pamięci, z młodzieńczych lat, gdy mieszkałeś tam, na Mazurach? –Pamiętam Szczytno z moich młodzieńczych lat, gdy było dziwacznym, mazurskim miasteczkiem, wyzwolonym od Niemców, wciśniętym między dwa nieduże jeziora i wielkie połacie sosnowo- świerkowych lasów. Na obrzeżach miasta stały zgrabne, murowane domki, otoczone z tyłu sadzikami. Za to śródmieście, to w 60 % ruiny. Przez miasto przewalały się całe tabuny pierwszych osiedleńców. Wspominam, że jako 9 - 10 letni urwis, w 1956 roku, całymi dniami zajęty byłem zabawami, głównie graniem w piłkę tak zwaną „szmaciankę”. Bramki mieliśmy rozstawione na ulicy Żeromskiego, prawie w centrum miasta. Innym zajęciem była wojna na kamienie, w gruzach zburzonych domów. Pan Bolek mocno zadumał się, posmutniał i niespodziewanie przerwał mi dalszą opowieść mówiąc: -A ja w twoim wieku już ciężko „harował” przy wyrębie lasu, spać „chadzał” głodny i ciągle „tęsknił” za powrotem do Polski !!! Syn jego Edek, podobny był do mnie jak brat syjamski, grandziarz mojego pokroju, do śmierci jego żony utrzymywaliśmy kontakt. Kiedy zmarła jego wspaniała żona, urwały się nasze więzi. Teraz jak będę u córki we Wrzeszczu, to muszę go koniecznie odszukać, sprawdzić co z moim kompane

 

 

 

 

 

       
  

 

 



Powered by Meteoryt