• Zadzwoń do nas:
  • 606 472 470


N A B Y K A!!!

Czwartek, 1445582093

 
A TERAZ Z INNEJ BECZKI, muszę jeszcze Wam głowę pozawracać i donieść, że co tydzień w gazecie szczycieńskiej ukazują się moje myśliwskie opowiadania, za które w bieżącym roku otrzymałem w konkursie ogólnopolskim nagrodę, ale to tak na marginesie. Wraz z opowiadaniami zamieszczam humory rysunkowe i dowcipy opisowe. Opowiadania zacząłem pisać od 2 lipca 2009 roku, więc już prawie sześć lat, tydzień w tydzień, opowiadam moim wiernym czytelnikom z powiatu szczycieńskiego o łowiectwie i o lesie. Teraz, gdy założyłem stronę internetową, to dlaczego moje odpowiadania nie mogą ujrzeć szerszego kręgu? Dlaczego Wy nie możecie poczytać o moich ciekawostkach z borem związanych, o puszczy, o drągowinie, o łowiskach…. A żyje w naszych lasach tysiące  zwierząt, dużych, mniejszych i całkiem maleńkich. Jedne mieszkają w koronach drzew, inne w dziuplach, inne zamieszkują gęstwiny młodników, jeszcze inne spędzają życie wśród mchów i opadłego listowia. Są takie, co całe życie nie wychylają nosa z ziemi. Więc czytajcie moje artykuły związane z lasem, oglądajcie moje humor, i śmiejcie się z moich dowcipów. Na początek przeczytajcie ostatni mój artykuł pt. „NA BYKA” z zamieszczonym humorem, zawsze  w „Tygodniku Szczytno, na stronie 20:
 
HUMOR: -Zauważyłam – mówi sąsiadka do sąsiadki, że twój małżonek, gdy była pełnia, gdy byki ryczą, nie chodził na polowania, co się stało? –Nieszczęście, ma zwichniętą nogę. -O Boże! Żeby tak mojemu się przydarzyło, żeby mógł posiedzieć z miesiąc w domu! -Opowiedz mi, jak to się stało? - Bardzo nie fortunnie, wysłałam go do piwnicy po ziemniaki, bo robiłam na obiad zrazy. W piwnicy ciemno, bo nie ma kto powymieniać spalonych żarówek! Poszedł bez latarki, bo twierdzi, że myśliwskiej nie używa się do prywatnych celów. Poślizgnął się na schodach, spadł i zaczął wołać ratunku. –To straszne! I co wtedy zrobiłaś?   –Makaron. 
 
 
 
 

N A   B Y K A!!!
 
 
     Przeważnie się uśmiecham, gdy ktoś mnie na początku lata pyta: -Co upolowałem? Nie myśliwemu grzecznie odpowiadam, że w lato nie poluję, gdyż zwierzęta wychowują swoje potomstwo. Jeżeli nie damy gatunkom łownym rozmnażać się, co nam zostanie po kilku latach? Aktualnie już mamy październik, koniec lata, dla myśliwego początek nowych, wspaniałych przygód. Jesienny sezon myśliwski rozpoczyna się tak naprawdę od rykowiska, pomimo, że wcześniej nemrodzi uganiali się i nadal oczy gubią za sarnami – kozłami, inaczej zwanymi rogaczami. Każdy stary czy młody selekcjoner marzy o perukarzu lub o takim koźle, co nosi rekordowe parostki złoto medalowe, które bezapelacyjnie okrzyknięto by nowym rekordem Polski. Każdy wyjazd na rykowisko przyprawia mnie o nowy dreszczyk emocji. Wyobraźcie sobie, jaki piękny jest widok rozległych leśnych upraw, zasnutych poranną lub wieczorną mgłą, a w nich przesuwające się łanie z bykami na końcu tej chmary. Ostatnio podziwiałem majestatyczne wieńce, które wynurzały się z mgły i jak maszty żaglowca płynęły po bezkresnym oceanie białej niekończącej sie chmury.  W tym sezonie łowieckim na polowania jeździmy w dwójkę, z sympatycznym myśliwym – chirurgiem, który nie tak dawno został zatrudnionym w naszym powiatowym szpitalu. Razem poznajemy nowe łowiska, razem odkrywamy ciekawe zakątki naszej szczycieńskiej przyrody. Ilekroć zdarza nam się minąć ten sam fragment łowiska, stwierdzamy, że jest to już inny obraz niż z wczorajszego dnia, inny zapach drzew, odmienna wilgotność łąk. Łowisko a w nim las o świcie inaczej pachnie niż po zachodzie słońca. Tak naprawdę, to ranne polowania, jak do tej pory nie wychodzą nam w raporty dnia, gdyż ja emeryt jestem wieczornym puchaczem – po prostu lubię pospać i do dość długo. Natomiast kładę się dość późno spać, po prostu jestem nocny marek, ale nie taki typowy, który ma podkrążone oczy, ospały, prowadzi nieregularny tryb życia, ignoruje telefony, przyjmuje gości w pieleszach, utrzymuje bałagan w godzinach rannych i przedpołudniowych, około północy włącza telewizor – o nie! Natomiast mój kolega lekarz mógłby polować o świcie i o zachodzie słońca - on jest rannym ptaszkiem i nocnym markiem, mówiąc gwarą myśliwską i „skowronkiem” i „sową”, tak jak zresztą każdy dyżurujący lekarz. Na przeszkodzie rannych wypadów stoi mu jeden szkopuł, że raniutko musi być wyspany i stawić się sprawny na oddział chirurgiczny, gdzie niejeden raz czeka go ciężka wielogodzinna, stojąca praca przy stole operacyjnym. Więc na okrągło jeździmy z wieczora na łowiska by określić szlak wędrówek chmar jeleni, a w szczególności posłuchać rykowiska w wykonaniu mazurskich byków. W trzech miejscach, ostatnio słuchaliśmy porykiwania byków – jak w bajce. Uwielbiam słuchać koncertu trąb, rogów, tub, saksofonów, puzonów, kornetów i wszelkich innych instrumentów dętych w wykonaniu pojedynczych sygnalistów byczych. Idealnie jest, gdy siedzę wygodnie na wybranej ambonie, w gwarze myśliwskiej oczekuję na zasiadce. Mój kolega uwielbia podchód, idąc o szarówce zawsze tam gdzie nie znajdują się inni koledzy myśliwi. Po odejściu kilkuset kroków od mojej ambony, gdy jest wyraźna p[oświata, on wypatruje dzików – a ja nasłuchuję porykiwania byków. Ostatnio byłem zauroczony.  Jeden z byków ryczał coraz bliżej. –E tam, pomyślałem, to chłyst, inaczej mówiąc byczek! Ja go przywabię swoim wabikiem! Wyjąłem karbowaną rurkę PCV z ustnikiem drewnianym i zacząłem naśladować ryk młodego byka.  Za chwilę z głębi lasu powitała mnie i byłem pewien, że kolegę myśliwego również - orkiestra złożona z kilku graczy. Koncert nasilał się z minuty na minutę. Stałem się zazdrosny, gdyż przewidziałem, że „chirurg” zobaczy z bliska, jak wyglądają „grajki”. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, za dobre pół godziny przez moją łąkę przebiegł byk, mocny ósmak, w trzecim roku życia, na dwa punkty czerwone, i pobiegł w przeciwny lasek. Zaryczałem ponownie, i on się odezwał. Znów ryknąłem, on przybiegł i stanął w odległości 250 metrów od mojej ambony i rozpoczęliśmy koncert na dwa głosy. Trwało to z pięć minut, aż się położył i z pozycji wypoczywającej kontynuował trąbienie. Było to coś niesamowitego. Zatelefonowałem do kolegi żeby przyszedł zobaczyć nasz występ. –Ja mam u siebie też ciekawy widok, natknąłem się na ryczącego byka. Najpierw, pośród ścielącej się nad rabatami wieczornej mgły, pojawiły się głowy łań, kilkanaście metrów z tyłu szedł porykujący byk, z opuszczoną głową zwieńczoną majestatycznym wieńcem. Po chwili przez polanę przeszła druga chmara jeleni, za chwile jeszcze jedna, tylko dzików nie mogę wypatrzeć – więc też trzęsę się z emocji.
       Kończąc te nasze rykowisko,  powiem Wam kilka słów o wabieniu jeleni. Pierwszy i najprostszy sposób wabienia jest na złożonych dłoniach. Bardziej skomplikowane urządzenia, to wabiki i wszelkiego rodzaju instrumenty. W obecnych czasach przeprowadzane są konkursy wabienia jeleni, a mówiąc ściślej konkursy naśladowania ryku jelenia, a nie wabienia. Zostańmy jednak przy wabieniu, gdyż tak się utarło i jest nam z tym wygodnie. Pamiętam jak wielcy mistrzowie wabili na szkło od lampy naftowej (nr 12), na muszli trytona z obciętym, ostrym końcem, lub też na odpowiednio upiłowanym rogu bawolim.  No, a w obecnych czasach XXI wieku, to ludzkie wyobrażenie przerasta technika w wabieniu jeleni. Stosowane są plastykowe, 1, 2 i 3 częściowe tuby, różnego rodzaju i o wszelkich gabarytach karbowane wabiki. Ale to wszystko pestka, bułka z masłem - ostatnio mało ducha nie wyzionąłem!!! Kolega myśliwy z Warszawy zademonstrował mi elektroniczny wabik na jelenie. Zasilany z baterii, regulowany automatycznie w zależności od nastawionego programu. Wówczas może wydawać głos zmęczonego rykowiskiem byka trzymającego we władaniu chmarę łań lub rycząc dając nastrój pożądania lub tęsknoty, albo gniewu, groźby ewentualnie triumfu i zwycięstwa po wygranej walce. Cyrk nad cyrkami, ale prawdziwą sztuką jest naśladować ryk byka na złożonych dłoniach lub na zwykłej lampie naftowej nr 12, której nie mogę kupić a moja zbiła mi się w drobny mak.
 
 
 
 
 

NO I TO BY BYŁO NA TYLE, Z TYM, ŻE MAM JESZCZE
w zanadrzu obrazy, które nie zalegają moich zakamarków. Po prostu rozdaje wszystkie namalowane obrazy, kolegom, znajomym i wszystkim tym, którzy o nie poproszą. W istocie rzeczy, to swoje obrazy sprzedaję za 2 zł (słownie dwa złote), ponieważ na jednym z plenerów malarskich, mój przyjaciel, znany w Polsce i za jej granicami malarz – zarzucił mi, ze obrazów nie rozdaje się. Od tamtego czasu poszedłem po rozum do głowy, i już ich nie rozdaję tylko sprzedaję!!! Dziś popatrzcie na mój obraz, który u kogoś zdobi ścianę. Już nie pamiętam, gdzie, ile i komu podarowałem, bo maluję od dziecka, więc spłodziłem ich setki, a u mnie w domu wisi kilka. Oj, bym skłamał, raz sprzedałem dwa obrazy na wystawie poplenerowe w niemieckim mieście Herten, nie chwaląc się jako jedyny malarz znalazłem natychmiast kupca.
 

 

 

 


Powered by Meteoryt