• Zadzwoń do nas:
  • 606 472 470




O mnie

 
LESZEK MIERZEJEWSKI człowiek o wielu pasjach, malarz pejzażysta, żeglarz, ale przede wszystkim myśliwy. Treścią jego obrazów są krajobrazy o tematyce myśliwskiej, leśnej i nie tylko. Bardzo często rysuje dowcipy sytuacyjne opisujące zdarzenia z życia codziennego. Wielu lat współpracował z miejscową gazetą TYGODNIK SZCZYTNO, prowadząc tam swoją stałą rubrykę „Tropem zwierząt i myśliwych”, gdzie zamieszczał opowiadania  łowieckie zilustrowane zabawnymi rysunkami. W 2015 roku za publikowane myśliwskie w „Tygodniku Szczytno”, otrzymał III nagrodę w ogólnopolskim konkursie "Rok Myśliwca", a w w 2016 roku I nagrodę.
 Leszek Mierzejewski na stałe jest związany ze Szczytnem , tu przez trzydzieści lat z krótkimi przerwami zajmował dyrektorskie stołki najpierw w „Lenpolu”, potem w szczycieńskim Zespole Opieki Zdrowotnej, a przed emeryturą w Zakładzie Gospodarki Komunalnej. Nic więc dziwnego, że wielu osobom Leszek Mierzejewski kojarzy się wyłącznie z pełnieniem kierowniczych funkcji. Tymczasem mało kto wie, że zaczynał jako monter kadłubowy w Stoczni Gdańskiej, a w latach osiemdziesiątych pracował jako ... taksówkarz.
 
 
 
 
 
Leszek Mierzejewski obok swojego pierwszego samochodu - moskwicza 408, rok 1970 na działce Warchały
 
 
 
Leszek Mierzejewski przyznaje, że sam często spotykał się z opinią „wiecznego dyrektora”. Rzeczywiście, bez względu na panujący system, zmieniające się ekipy władzy i zawirowania polityczne, przez blisko trzy dekady zasiadał na dyrektorskich stołkach w różnych szczycieńskich zakładach. Jak zaczęła się jego kariera zawodowa? - Na pewno nie urodziłem się dyrektorem - śmieje się Leszek Mierzejewski.
Przyszedł na świat dawno temu w Śniadowie koło Łomży. Kiedy miał rok, jego ojciec, kolejarz, dostał nakaz pracy w Szczytnie i cała rodzina zamieszkała właśnie tutaj. Młody Leszek po ukończeniu Szkoły Podstawowej nr 3 postanowił, wbrew rodzinnej tradycji nakazującej pracę na kolei, zostać stoczniowcem. Rozpoczął naukę w Zasadniczej Szkole Budowy Okrętów w Gdańsku. Szybko też postanowił pójść do pracy. Tuz po ukończeniu szkoły zawodowej znalazł zatrudnienie jako monter kadłubowy w Stoczni Gdańskiej. Kontynuował naukę w technikum wieczorowym. Dziś nie żałuje tej decyzji. - W moim życiu mądre było to, że jednocześnie pracowałem i się uczyłem - mówi Leszek Mierzejewski. Jako młody stoczniowiec żył nie tylko pracą i nauką. Udzielał się także w stoczniowym klubie „Ster”, gdzie znalazł zajęcie jako osoba do obsługi technicznej zespołu „TONY”, w którym występował m. in. Ryszard Poznakowski oraz Halina Frąckowiak. 
 
 
 
Leszek Mierzejewski najbardziej cenił sobie swoją pracę w ZGK
 
 
W tamtych czasach często odwiedzał rodzinne Szczytno. – Ale nie myślałem, że kiedykolwiek tu wrócę - wspomina. A jednak los chciał inaczej. Podczas jednego z letnich obozów żeglarskich w Rucianem-Nidzie przyjechał w odwiedziny do rodziców. Wtedy poznał swoją przyszłą żonę, która miała już pracę w Szczytnie i dodatkowo opiekowała się ojcem. Podjął decyzję, że zostawi Gdańsk, stocznię i zamieszka na Mazurach. Był początek 1967 roku. W połowie marca Leszek Mierzejewski zostaje przyjęty do Północnych Zakładów Przemysłu Lniarskiego „Lenpol”. Zaczynał jako referent w dziale głównego mechanika. Jednocześnie dalej się kształcił, podejmując naukę w Technikum Mechaniczno-Elektrycznym w Olsztynie. W „Lenpolu” systematycznie awansuje, aż do zastępcy dyrektora do spraw technicznych. W międzyczasie kończy pięcioletnie studia zaoczne na Akademii Rolniczej w Poznaniu uzyskując tytuł inżyniera technologii drewna i Politechnikę Łódzką, ze specjalizacją mechanik budowy maszyn i urządzeń włókienniczych.
 
Burzliwy początek lat 80. związany z powstaniem „Solidarności” powoduje, że w lutym 1981 roku zostaje przeniesiony do Zakładów Przemysłu Lniarskiego w Żyrardowie, a potem do Miłakowa. Po wielu miesiącach zwalnia się, na własną prośbę. - Był to ciężki okres do rządzenia zakładami. Miałem tego wszystkiego dość. Panował chaos, bałagan, a co najgorsze, że większość grabiła do siebie. Wiedziałem, że to się źle skończy - wspomina Leszek Mierzejewski. Zapewnia, że powodem nie były sprawy związane z jego ówczesnymi sympatiami politycznymi. - Miałem kolegów po jednej i po drugiej stronie. Jednak część działaczy solidarnościowych, jak i poprzedni "władcy" ze starej nomenklatury schodziła raptownie na złą drogę, wzbogaciła się kosztem innych - twierdzi Leszek Mierzejewski. Po złożeniu rezygnacji postanowił rozkręcić własny niezależny interes. W ten sposób niedawny dyrektor został szczycieńskim taksówkarzem. Dziś wspomina, że początek lat 80. był okresem prawdziwej prosperity w tej branży. - Taksówkarze zarabiali wtedy duże pieniądze. Ludzie stali do nich w kolejkach. Były kursy do Warszawy, Krakowa - opowiada Leszek Mierzejewski.
Zapewne jeszcze długo korzystałby ze sprzyjającej koniunktury, gdyby nie namowy znajomego, ówczesnego dyrektora szczycieńskiego ZOZ-u, doktora Lewalskiego, który chciał, by Leszek Mierzejewski został jego zastępcą. - Doktor miał dar przekonywania i wziął mnie trochę pod ambicję - przyznaje. We wrześniu 1982 r. niedawny taksówkarz podjął pracę na stanowisku zastępcy dyrektora do spraw ekonomiczno-eksploatacyjnych w ZOZ-ie. Wówczas pod placówkę tę, oprócz szpitala, podlegały wszystkie gminne ośrodki zdrowia i przychodnie. Pod rządami Leszka Mierzejewskiego budowano nowe placówki w Świętajnie i Wielbarku. Jedną z bardziej znaczących inwestycji w tamtym okresie było powstanie ośrodka zdrowia na ul. Kościuszki w Szczytnie.

 

 

W ZOZ-ie przepracował najdłużej, bo aż 17 lat, do maja 1999 roku. Wtedy rozpoczął pracę w Urzędzie Miejskim w wydziale inwestycji. Wraz z początkiem 2004 roku utworzono Zakład Gospodarki Komunalnej, który przejął dotychczasowe zadania TBS-u, a dotyczące gospodarki mieszkaniowej i zarządzanie lokalami użytkowymi. Współtworzył ten zakład, mianowany na dyrektora Leszek Mierzejewski. I choć kierowanie ZGK do zadań łatwych i przyjemnych nie należało , to jednak jego szef pracę tu ceni sobie najbardziej.

- Współtworzyłem ten zakład i dlatego mam do niego taki sentyment - uzasadnia Leszek Mierzejewski. Codzienność jednak nie wyglądała różowo. Wówczas ZGK administrował 1260 lokalami mieszkalnymi. Większość lokatorów to były osoby ubogie. Wielu z nich zalegało z opłatami za czynsz. Pracownicy zakładu musieli ciągle podejmować starania o przynajmniej częściowe ściąganie należności, a tego rodzaju obowiązki trudno zaliczyć do przyjemnych. Interesanci przeważnie nie byli zadowoleni z informacji, które przekazuje im dyrektor Mierzejewski. - Na 100 osób, które przychodzili do mnie z wnioskiem o mieszkanie, dostawała tylko jedna. Tych pozostałych 99 ludzi trzeba było jakoś udobruchać, powiedzieć im, żeby przyszli za tydzień, za dwa tygodnie albo za miesiąc. Do tego jeszcze na szefie ZGK spoczywał przykry obowiązek powiadamiania lokatorów o podwyżkach, które wprowadzały inne firmy, takie jak AQUA czy ZUK. - Ludzie zawsze mieli o to pretensje do mnie, chociaż nie ja ich obciążałem, tylko ktoś inny, ale bardzo trudno im to wytłumaczyć - utyskuje dyrektor. - Ciągle słyszałem: „Panie, czy pan zwariował, z czego ja mam płacić!?” Podkreślam, że w  pracy trzeba być dobrym psychologiem i umieć porozumiewać się z ludźmi. Sam zapraszałem do siebie dłużników na rozmowy i jak mówi, część z nich zaczyna spłacać zaległości, nawet w ratach.
Od  27 lutego 2009 roku Leszek Mierzejewski przeszedł na wcześniejszą  emeryturę. Co doradził swojemu następcy? - Przede wszystkim musi dobrze żyć z lokatorami. Trzeba po prostu z nimi rozmawiać.
 
Były szef ZGK zapewnia, że na emeryturze nie nudzi się - Wreszcie znajduję więcej czasu na swoje hobby, jakim jest myślistwo, prowadzenie kroniki Koła Łowieckiego „Ryś”. Będę też częściej jeździł na polowania - zapewnia. Na emeryturze poświęcę się również innym swoim pasjom, w tym malarstwu, głównie pejzażowemu, pisaniu humoresek myśliwskich oraz wypadom do domku letniskowego na Warchałach. Być może, mając patent sternika jachtowego, więcej czasu poświęcę na żeglowanie.
Z perspektywy czasu ocenia, że dyrektorowanie nigdy nie było jego zawodem, lecz stanowiskiem. Zresztą, jak żartuje, wyuczonych fachów ma tyle, że mógłby trafić z nimi do Księgi Rekordów Guinnessa. Na tej długiej liście jest m. in. spawacz elektryczny, spawacz gazowy, nurek morski, technik budowy okrętów,  technik mechanik obróbki skrawaniem, metaloplastyk, inżynier technologii drewna, inżynier mechanik budowy maszyn włókienniczych, mistrz instalacji sanitarnych, zarządca nieruchomościami…
Wśród osób, z którymi najlepiej mu się współpracowało, najcieplej wspomina swojego pierwszego szefa z „Lenpolu” Wojciecha Walkiewicza oraz współ pracownika Mieczysława Nowackiego. Wysoko ceni sobie także pracę pod kierunkiem doktor Teresy Paciorkowskiej-Olbryś w szczycieńskim ZOZ-ie. Wiele ciepłych słów ma również dla swojej byłej zwierzchniczki, burmistrz Danuty Górskiej. - Często porównuję te dwie panie, które mają we krwi dobre zarządzanie. Wystarczyło jedno ich słowo, bym wiedział, jak ma być wykonane określone zadanie - komplementuje byłą i obecną szefową Leszek Mierzejewski.
Przeskoczmy do roku 2019, to powiem, że prywatnie jest ojcem dwóch córek, Izabeli i Magdaleny. Pierwsza z nich przez całe swoje życie zawodowe była wykładowcą psychologii w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie- od kilku miesięcy jest na emeryturze. Druga, młodsza pracuje w administracji Akademii Medycznej w Gdańsku. Pierwsza skończyła Uniwersytet Gdański, druga Politechnikę Gdańską. Są szczęśliwymi mężatkami. Doczekałem się troje wnucząt. Starsza Dagmara skończyła  liceum im. Batorego w Warszawie, obroniła licencjat na Handlu Zagranicznym w Warszawie, oraz obroniła magistra z psychologii - już pracuje. Średni Radek uczęszcza do ostatniej klasy szkoły podstawowej o profilu sportowym w Warszawie. Mieszka wraz z rodzicami w Stolicy. Najmłodsza Inga uczy się w 3 klasie szkoły podstawowej  w Gdańsku, gdzie mieszka wraz z rodzicami.
 
 

 

 
 

 

 

 

 



Powered by Meteoryt